Chciałam jej opowiedzieć, jak ze mną o niej rozmawiał o swojej żonie. Jak ją obnażał, wściekał się na nią, jak mało w gruncie rzeczy ją kochał. Ale tego nie zrobiłam, wystraszyłam się. Oddałaby mi to, co jej powiedział o mnie, co do słowa. Nie oszczędziłaby mnie. Czy można odebrać człowiekowi nawet jedyną rzecz, która wydaje się naprawdę własna — wspomnienia?
Poczułam nagle pustkę. Byłam wycieńczona. Znów zamknęłabym oczy, gdybym w tym momencie nie przypomniała sobie, że go to denerwowało. Mam taki nawyk. Teraz to rozumiem. Irytowałam go. I powiedział jej o tym. Tak samo, jak wcześniej opowiedział o wszystkim, co go w niej drażniło. Mężczyźni to dzieci. Fałszywe, okrutne dzieci.
Wróciłyśmy do rozmowy. Nie o tym.
O innych sprawach. Nie pamiętam. W myślach wycofałam się do moich samotnych pomieszczeń. Widziałam tę krzątającą się, wiecznie zajętą postać, zegar, jak wchodzi i wychodzi. Tik tak. W kuchni miesza w garnkach. W sypialni ścieli łóżko, rozpala ogień. Tik tak. Niby wścibska, a jednak poruszała się cichutko. To ja porządkowałam dla siebie. Rok po roku. A mechanizmem wprawiającym ten zegar w ruch była pamięć, wielka czerwona pamięć, która pod wieczór, gdy zapach kwiatów wypełniał pokój, rozkwitała i wonią prześcigała bukiet. Teraz pamięć więdła, jak jedna z czerwonych róż w tamtym wazonie. A potem?
Do pokoju wszedł młodzieniec i uprzejmie się ukłonił. Był to jego syn. Jego i jej. Podobny do ojca. Początkowo pomyślałam, że to on.
„Niech teraz wybiera”, pomyślałam głupio. Zapomniałam, że przecież to nie mój ukochany, że przecież nie żyje, a my, tu siedzące, to dwie siwe babcie.
Młodzieniec otoczył kobietę naprzeciwko czułym i ufnym ramieniem.
Wstając z fotela, niechcący potrąciłam portret na stoliku. Spadł na podłogę, a ramka rozpadła się na kawałki.
— Tak mi przykro — przeprosiłam.
Wdowa się uśmiechnęła. Wiedziała, że muszę coś zniszczyć, choćby ramkę od jego portretu. To też jedyna szkoda, jaką wyrządziłam.