O rusałkach pisze A. E. Bogdanowicz, Pereżitki drewnjago mirosozercanija u Biełorussow, Grodno 1895, str. 77: żyją w wodzie od jesieni do niedzieli rusalnej (pierwszej po zielonych świątkach), wtedy wychodzą z wody i zasiadają na gałęziach, szczególniej brzozowych, kołyszą się na nich, wołając na przechodzących: „czełowiek chodź kołychatsia”; nieostrożnego załaskocą na śmierć; piękne to kobiety, z długimi rozpuszczonymi włosami; póki z wody nie wyjdą, niebezpiecznie się kąpać, bo albo choroba jakaś napaść może, albo rusałki w głąb rzeki zataszczą i utopią; dusze dzieci zmarłych przed chrztem (a więc pogańskie) przeistaczają się w rusałki. Co na Rusi nawkami, a przez nieporozumienie to jest etymologię ludową mawkami (są nawet miauki, niby od miauczenia!) albo rusałkami przezwano, zachowało na Bałkanie pierwotną nazwę: samowila u Bułgarów, wila u Serbów i Chorwatów; z wody przeszły w góry i skały. Z całej demonologii słowiańskiej to jeszcze najżywotniejsze postaci, mnóstwem szczegółów otoczone, wplatane w żywot bohaterów, którym sprzyjają; pełno o nich wzmianek w pieśniach junackich, o ich tańcach (wilino kolo) itd.; wilski kladez (studnię) wymienia dokument 13 wieku. U zachodnich Słowian ślady wił (zastąpiły je dziwożony i inne) wcale nieznaczne, chociaż i z Polski i z Czech je przytaczają (Máchal), natomiast znaczy tu wiła błazna, głupca, por. szaławiła, pleść próżne wiły; owilałeś to jest oszalałeś pyta Solikowski w dialogu politycznym z r. 1572; czeskie wiliti żyć swowolnie, lubieżnie; ale w romansie staroczeskim o Dzietrzychu Werońskim z XIV w. wiły darowały mu pas cudowny, całkiem jak u Serbów.

Wiły i brzeginie należą do kultu wody, rzek, źródeł, lasów i gór, nie pośledniego obok kultu ognia. Ofiarowano źródłom i studniom dla sprowadzania wody z nieba, szczególniej więc w dotkliwą posuchę (serbska Dodola i inne przeżytki, nieznane w klimacie północnym); również dla leczenia, nie tylko dla przemywania oczu. Wyżej przytoczyliśmy słowa Prokopiuszowe; w pół tysiąca lat później powtarza to Kronika o Polanach „ofiarujących jeziorom i studniom i gajom”, a Bogdanowicz pisze o białoruskim kulcie wodnym str. 19: szczególnie źródła „klucze” i ich woda „żywa” przyciągają nieraz więcej ludzi niż miejsca kąpielowe. „Na wiosnę, po pierwszych gromach, rozpoczyna się ta osobliwsza pielgrzymka „k kluczam”, w pewne od dawna ustanowione dni, na Jurja, na Mikołę, na Uszestje (Wzniesienie), na Dziewiatnik (dziewiąty czwartek po wielkiej nocy), na piacinku, na dziesiatuchu itd. Przed niedzielą rusalną biorą wodę tylko do picia, a po rusalnej kąpią się też, napawają i kąpią konie, żeby wyleczyć się od słabości albo jej na przyszłość zapobiec. Pluć w wodę, szczególniej w żywą, nie uchodzi.

Nie myślimy wyliczać lu wszelkich szczegółów o tym ubóstwianiu wody; bogatą literaturę o brzeginiach i wiłach, przezywanych później (od XVI w. dopiero) na Rusi rusałkami, zestawił Niederle str. 53 i nn., ale i w szczegółach, i w całości nie ostrzegł się błędów. Mylnym np. jest mniemanie, powtórzone kilkakrotnie, jakoby rusałki (=rosalia) zawdzięczały cośkolwiek (w formie słowa i w znaczenia) rodzimemu rusło bieg rzeki; dalej pomieszał kult przyrody z kultem przodków to jest duchów, chociaż co do tego błędu nie zabrnął tak głęboko, jak inni. Więc pisze mylnie str. 57: „słusznie włączył Wesełowskij rusałki do kategorii istot manistycznych, co wynikły z dusz ludzi pogrzebionych na górach, w lasach, wodach, przy drogach; D. Zelenin ogranicza podstawę ruskich rusałek tylko do dusz dzieci i kobiet zmarłych śmiercią nieprzyrodzoną, czym tłumaczy ich szkodliwość i nieprzyjaźń... ależ i jego zdanie potwierdza tylko znowu i dokładniej manistyczny ich początek, dziś już niesporny”. Dalej oświadcza za Prokopiuszem, że czcili Słowianie nimfy, „ale nie wiemy, jak je zwali, na pewno nie rusałkami, raczej wiłami lub nawkami”, otóż przenigdy nie zwali nimf nawkami, zwali je brzeginiami lub wiłami (str. 58). Za to przynajmniej przy wiłach uznaje (str. 59), że wił nie można już tak stanowczo wliczać do kategorii demonów manistycznych, nie można u nich wykluczać możliwości powstania przez bezpośrednie uduchowienie objawów przyrody... „wiły powietrzne, zdaje się, są raczej prostą personifikacją sił przyrody atmosferycznych niż dusze zmarłych, przeniesione do wiatrów i obłoków, gdy na odwrót inne wiły jawnie wykazują ten sam początek i te same funkcje co rusałki, z którymi się spływają”. Jak najmylniej całą rzecz o rusałkach i wiłach włożył mimo tego zastrzeżenia do rozdziału o kulcie przodków („czczenie przodków i demony, co z niego urosły”) i orzekł (str. 53): „wszelkie te istoty (nawki, rusałki, wodne i leśne panny czy kobiety, po części i wiły tu należą), których rolę poetyczną w podaniu ludowym znamy, nie są początkiem swoim niczym innym, jak duszami zmarłych dzieci, dziewczyn i kobiet (szczególnie zaręczonych), tułającymi się po brzegach wód lub drogach leśnych”. Ależ to pogląd z góry mylny, skoro nie masz tu miejsca dla mężczyzn, zmarłych podobną śmiercią; skoro te postaci są zawsze i piękne i jednego wieku i wzrostu, a więc ani dzieci, ani baby! Na te najprostsze pytania żadna teoria manistyczna nie daje zadowalającej odpowiedzi, więc przeciwnie: czcili Słowianie nimfy wodne u źródeł, rzek, jezior itd., tak samo leśne i polne (chociaż te mniej wyraźnie występują, gdy o źródlanych itd. świadectwa są liczne i pewne, nie tylko u Rusi, ale i u Czechów i innych) i o żadnych duchach przodków im się przy tym kulcie ani śniło; skąd się później tu przyplątały dusze zmarłych niepogrzebanych albo niechrzczonych, za to odpowiada dopiero chrześcijaństwo — pogaństwo słowiańskie nic o tym nie wiedziało; zob. niż.

Jeszcze fatalniej potknął się Niederle przy ocenie istot przeznaczeniowych, rodu i rodzanic. Uznaje bowiem (str. 69), że wedle Prokopiusza Słowianie fatum nie czcili, ale zarazem „nie można wątpić, że na końcu doby pogańskiej była w ludzie ruskim a widocznie i na Bałkanie zakorzeniona wiara w istoty, co przeznaczenie człowieka przy narodzinach stanowią. Sprzeczność tę można najpierw wytłumaczyć tym, że tam Prokopiusz myślał o nieodwołalnym fatum starożytnych, gdy tu mowa o demonach konkretnych, odmieniających tak lub owak losy ludzkie wedle stosunku człowieka do nich, stąd liczne a trwałe ofiary im składane. Po wtóre zaś pada na wagę wielkie międzyczasie między VI a XI w., gdyż jest jawne, że się w ciągu pięciuset lat mogły dostać do mitologii słowiańskiej bóstwa przeznaczeniowe za wpływem wiar sąsiednich. Istotnie też trudno odżegnać się od myśli o wpływie Park i Mojr przy tradycji historycznej o Rodzanicach, zwłaszcza gdy Słowo św. Grzegorza wprost tłumaczy, te czczenie Rodu i Rodzanic znali Chaldejczycy, Bułgarzy, Helenowie, a na koniec doszło ono i do Słowian”. Bruździ mu więc znowu ten przesąd fatalny, zgubny dla całej mitologii słowiańskiej co do wpływów obcych: mnie sama nazwa rodu i rodzanic, zupełnie niezgodna z nazwami podobnych bóstw obcych, rodzimości tych postaci, ich prasłowiańskiego początku dowodzi i nie ograniczam ich też do Rusi i Bałkanu, lecz za ogólnie słowiańskie je uznaję, chociaż nie wiem, czy właśnie pod tą nazwą Prasłowianie je czcili i wzywali; ale nie tylko bóstwa losu uznaję nie jako „na schyłku pogaństwa nastałe”, lecz jako prasłowiańskie, idę dalej i przypuszczam, że nawet traf, przypadek ubóstwiano, że więc sręšta, sreća, sriača, ustrjacza (dosłownie spotkanie), jest już prasłowiańskie (jak i kob wróżenie z lotu ptactwa, od czego i różnych ptaków wieszczych przezywano, kruka, kobca i innych) i że nie są to raczej „objawy, wynikłe pod wpływem tradycji starożytnych o тυχη, fatum, fortuna, nemesis itp.” Natomiast późne i miejscowe są wszelkie personifikacje biedy, złydni itp.; co jednak sądzić o nocnicach (duchach trapiących nocą), trzęsawicach (febrach), nie rozstrzygam — jędza jednak jest znowu pojęciem i wyrazem prasłowiańskim o bolu dotkliwym, demon choroby.

Wdaliśmy się tym sposobem na pole „niższej” demonologii, z której, jak twierdzą, wyższa, bogi właściwe, wyrosła; kult wody itd., bezpośredni kult sił przyrody, wyprzedził wyższe, późniejsze, personifikacje. Dla tej różnicy chronologicznej odnalazł nawet Aniczkow bezpośrednie świadectwo w źródłach ruskich, ale i to tylko myłka. Aniczkow mianowicie odnosi zapisek „Słowa kako pogani kłaniali sia idolom”: preże (to jest przed kultem Peruna) kłali trebu upyrem i beregyniam”, słusznie do mowy „filozofa”, wykładającego przed Włodzimierzem zasady wiary: wedle tegoż po rozprószeniu ludów uwierzono najpierw gajom, studniom i rzekom za przewodem szatańskim; potem zaś szatan uwiódł ludzi w błąd gorszy: zaczęli bałwany stawiać z różnego materiału, im się kłaniać, ofiarowywać dzieci własne itd. To słusznie, mylnie jednak twierdzi (str. 264; 232 w nocie), jakoby „myśl o podobnym następstwie (czasowym) wierzeń pogańskich nie pochodziła ani z biblii ani od ojców kościelnych; jest to pogląd własny autora Kroniki i kryłoszanów kijowskich, do których i kronikarz należał — jest to więc odgłos soboru św. Zofii, żywej tradycji, która w pamięci potomności przechowała owo urządzenie kultu bałwanów przez Włodzimierza, dawniej nie istniejących i więcej lub mniej obcych ludności”. Takie zapatrywanie jest jednak mylne, bo tu odbiła się nie jakaś niesłychana tradycja kijowska, lecz zwykła biblijna; przecież o rodzinie Abrahamowej czytamy w staroruskiej Palei dosłownie to samo: „Fara tak samo czynił bałwany (następuje wyliczenie tych samych materiałów) i kłaniał się im jak i ojciec jego Nachor a przedtem kłaniali się jedni gajom, a inni studniom, a inni rzekom” (więc dosłownie tak jak wyżej).

Mitologią litewską posługiwaliśmy się powyżej przy kulcie wielkich bogów; wolnoż jednak zapytać, czy nie ma zgody obopólnej i na polu demonologii niższej. Pomijam fakt, że i Litwini mają swoje wiły i rodzanice, bo nazwy tych żeńskich istot mitycznych zupełnie od słowiańskich odbiegły (Łaume i Łaime, wiła i rodzanica); pytam czy nie ma jakich nazw identycznych, litwosłowiańskich? Litewska baube, przytoczona w wierszu Martiniego przy kancjonale Kleina r. 1666 (nec non Gabjaukurs, Baubeque Zemmepati), powtarzająca się jako baubis i jaucziubaubis (jauczbaubis, ryk wołów86 baubti ryczeć) kilka razy u Praetoriusa; baubas straszydło, którym dzieci straszą, ubogi, baubożius to samo (Słownik Juszkiewicza 1 196) jest nasze buba (nieraz u W. Potockiego: pijany jako buba), częściej bobo, babak, bubacz i bobak, strach, nie tylko na dzieci (liczne cytacje a Karłowicza I 94, np. na polu sie ciemrzy, juże sie po mrekach bobaki robią itp.); jak litewszczyzna dowodzi, brzmienie bu- pierwotniejsze. Nierównie ciekawszy inny wyraz, chociaż od pierwiastka tegoż znaczenia (o ryku a raczej o skowycie). W staropruskim wokabularzu (elbląskim) tłumaczy kauks diabła; u Laskowskiego-Łasickiego „kaukie sunt lemures, quos Russi uboże appellant87”, znane dobrze z tekstów dawnych (np. z Katechizmu Mażwidowego 1547 r.) i z dzisiejszych ludowych; są to krasnoludki, Erdmännchen, Kobolde, piędzimężykowie; są brodaci, widoczni tym, co w nich wierzą, nie innym, hodowani rozmaitymi karmiami; szczęście utraca, kto ich zaniedba. Czasownik kaukti znaczy wyć, staroruskie kykati (w Słowie Igorowym np. kykachu) to samo, tu można by zaliczyć straszydło ruskie, Kikimora albo i szyszymora to jest pierwszą część złożenia, rodzaj zmory bez określonej twarzy? Z wokalizacją litewską zgadza się ruskie kuksit’, w którym dwa różne znaczenia i słowa się spłynęły, kuks uderzenie, znane i u nas kuks, kuksaniec, kuksać i kuks kuksit’ o przecieraniu oczu, o kawęczeniu i żaleniu się, w staroruskim kuksy, wymienionym obok wróżenia itd. w wyżej przytoczonym tekście; kuks do kuk-, jak np. łększa do łęk-. Mylnie Grienberger str. 70 kauków, oprócz owej jedynie słusznej etymologii, raczej jako wysokich to jest potężnych (gockie hauhs itd.) tłumaczył. Z kaukami można łączyć dziś już nieznanych barsłuków (to jest barzdakas brodacz? pirsztukas palczyk?), przynoszących szczęście domostwu i aitwara, co do ich przyrody; strzałki piorunowe zowią dziś jeszcze Litwini cycami Kauków albo Łaumy; wszystkie te istoty stykają się blisko i nieraz spływają zupełnie.

VIII

Kazania staroruskie zawierają nie tylko szczegóły mityczne, lecz i obrzędowe, a ponieważ u nas (świadkiem i książka p. Bystronia) o nich głucho, więc i o nich wspomnieć wypada. W Słowie Chrystotubca czytamy: „I czosnek bogiem czynią (złośliwa kaznodziei przesada!); jeśli będzie u kogo pir (uczta), wtedy kładą go w wiadra i czasze i piją, weseląc się o bożkach swoich”. Czosnku, jak i silniej pachnących ziół, bylicy i innych używa się przeciw urokom i czarom; i dziś na Rusi np. przy chrzcinach czosnek bywa środkiem, nieizolującym (Bystroń str. 48), lecz αποтροπαιον i w tym znaczeniu to środek prasłowiański; nazywano go nie po prostu czosnkiem, lecz aż czesnovitok „I jeśli u którego z nich będzie brak (wesele), czynią to z bębnami i piszczałkami i z wielu dziwami diabelskimi, a inne od tego jeszcze gorsze jest: udziaławszy członek męski i wkładając w wiadra i czasza piją i wyjąwszy obsysają go i oblizują i całują; nie gorsiż od żydów, heretyków i Bułgarów ci, co w wierze i chrzcie będąc, tak czynią”? Ciekawy to szczegół kultu fallicznego, dla płodności przyszłej pary.

Krótko powtarza to Słowo jak pogani bałwanom służyli: „Słowianie na swaćbach wkładając sramotę (członek) i czosnek w wiadra piją, od nich Bułgarzy nauczywszy się pożywają zmazę wyciekłą z członków wstydliwych, twierdząc, że takim pożywaniem oczyszczają się grzechy i są obrzydliwsi i bardziej przeklęci od wszystkich poganów”. Poniżej czytamy jeszcze: „o tym Ozirisie mówią księgi kłamliwe saraceńskie Mahometa i Bechmeta przeklętego, że nie przyszedł (na świat) odpowiednim otworem przy urodzeniu, lecz śmierdzącym i dla tego go bogiem nazwali; dlatego myją Saraceni i Bołgarzy i Turkmeni i Komli(?) i ile ich jest tej wiary, odchód i to omycie wlewają w usta” (ostatni szczegół, wymysł kaznodziei na obrzydzenie czystości mahometańskiej). Wspominam o tym i dlatego, aby poprawić Aniczkowa, co te słowa do dunajskich Bułgarów, do Bogomiłów odnosi, gdyż należą się kamskim (wołżańskim) Bułgarom. W Słowie Złotoustego czytamy: „A drodzy ku studniam przychodząc modlą się i w wodę miotają (kury), Welearu ofiarę przynosząc. A drodzy ogniu i kamieniu i rzekom i źródłom i beregyniom („ichże naricajut tri deviat’ sestrenic” przedtem wspomniał) i we drwa, nie tylko przedtem i w pogaństwie, ale wielu i teraz to czyni. A chrześcijanami się zowiąc mosty i proswiety i bdielniki i przez ogień skaczą (Stribogowi?).

Mniemając się chrześcijanami a pogańskie dzieła czynią: nawiom (zmarłym) łaźnię czynią i popiół pośrodku (bani, łaźni) sypią i przepowiadając mięso i mleko i masło i jaja i wszystko potrzebne biesom na piec (kładą) i lejąc wodę w bani każą im się myć, wieszając w bani płaszcz i ręcznik (czechoł i ubrus). Biesy zaś śmiejąc się z ich złego umysłu, paprają się w tym popiele i okazują ślad swój im na zwiedzenie. Oni zaś widząc to odchodzą powiadając jeden drugiemu. I to wszystko przepowiadanie sami jedzą i piją, czego się nawet psom jeść nie godzi”. Krócej o tym mówiło Słowo poprzednie: „I ogniu Swarożycu modlą się i nawiom kąpiel czynią i w cieście mosty robią i studnie i wiele innych rzeczy”. Przytoczony w tekście Weliar jest Belialem biblijnym, ponieważ Ruś podwójnego r lub l w słowach obcych stale unika, mówi Luryk Ruryk, Liczarda Ryszard, Listarka Aristarch, sekletar, kolidor, Leder Roederer (szampan), kuljer kurier itd.; tu wyjątkowo druga, nie pierwsza płynna uległa dysymilacji, co u imienia biblijnego o formie oporniejszej (choćby dla Bela) łatwo zrozumieć, por. też Merkul Merkur. Jeżeli z ciasta obrzędowego mosty i studnie formują, to i korowaj niczym innym nie będzie, jak upodobnieniem krowy — o najpewniejszej tej etymologii Berneker ani wspomniał, siląc się całkiem na próżno o inny wywód.