Mimo woli narzucają się dalsze pytania, a z nimi nowe domysły i przypuszczenia. Skąd wielogłowość? U Słowian ruskich brak o tym wzmianki, chociaż byli za czasów kronikarzy pierwszych jeszcze ludzie, co na własne oczy Kumiry kijowskie widzieli; Thietmar również nie wspomina o wielogłowości bóstw lucickich, choć on taki łasy na podobne szczególiki — Bylażbyć ta wielogłowość dorobkiem dopiero XI i XII wieku? Tu zaś niechybnie przodował Trzygłów, którego kult najdalej sięgał, którego też dla tej niezwykłości, nowości, tak przezwano; cztero-, pięcio- i siedmiogłowe bożki to tylko odmianki pierwotnego typu, trzygłowa i nazywa się je już inaczej. Słup wolno stojący, z podobieństwem twarzy ludzkiej jednej, napraszał się niemal na kilka twarzy, żeby w każdą stronę równomiernie patrzył, żeby wiernym zewsząd przed oczy stawał w równej postawie.
To co do postaci, a co do nazw? Tu chyba Świętowit prym odzierżał a i tu może chrześcijaństwo wpłynęło, jak na Czarnoboga — diaboła. Bo nasłuchali się w ciągu IX do XI wieku, od pierwszych ochrzczonych za Karola Wielkiego i Ludwika Pobożnego książąt lucickich aż do Gotszalka, ci poganie tyle o świętych, święceniu i świątyniach, że pod nowym imieniem dawnego wzywając boga i jego a raczej imię jego „oświęcić” mogli. Biliż chrześcijanie tak na świętość swoję, dlaczegóżby i im o własną się nie pokusić? Nie przeciwstawić jej chrześcijańskiej? Więc jeżeli o świętym Wicie = Świętowicie bajkę zmyślili mnisi korwejscy, toć byłoby i w niej ziarnko prawdy, jak i w „skotjim bogu” Welesie; nie powstał Weles przenigdy z kultu św. Własa, ale św. Włas narzucił mu miano boga bydlęcego; nie powstał Świętowit przenigdy ze czci św. Wita, ale chrześcijaństwu zawdzięcza dawny bóg w nowej nazwie pierwiastek „świętości”. Jak zaś za Trzygłowem poszli cztero- i więcejgłowe bożki, tak wyrośli za Świętowitem (nie myśląc naturalnie o początku tej nazwy na poły chrześcijańskim) Jarowici i Rujewici, a za przykładem tych widocznych imion ludzkich poszedł i Pizamar całkiem już po ludzku przezwany. Tak przedstawia mi się nawarstwienie kolejne tych nazw boskich.
Pozostaje mi wspomnieć o str. 128–164, jakie Niederle „kołu bogów połabskobałtyckich” poświęcił. Pomijam nadzwyczajną, jak zawsze, pilność autorską w zebraniu najtroskliwszym materiału, którą tylko podziwiać i wdzięcznie uznawać należy; dalej trafną polemikę z poglądami euhemerystycznymi u Janki. Ale i tu wytykamy ponownie, że raz za wiele z dawnych bajań i plotek ocalić się starał; po wtóre, że zanadto skory do wpływów obcych, tym razem germańskich. Więc i Radgosta na próżno przeciw mnie bronił, o czym była mowa już wyżej, i z całym rumowiskiem bajań późnych niemieckich się liczył, zamiast je całe jako curiosum napiętnować i do uwagi jednej wrzucić — dla odstraszenia czytelnika od zbytecznych tych dziwolągów. Więc na serio na str. 157 rozprawia się z błazeństwami legendy ebsdorfskiej XIV w. o „falsi christiani trans Albeam99”, co opuściwszy po śmierci Karola Wielkiego narzucone im chrześcijaństwo „idola sua proiecta, Hamnon scilicet, Suentebuek, Vitelubbe, Radegast cum ceteris erexerunt100” i pisze, „Vitelubbe mógłby być jakimś Witolubem lub Witoldem a Hammon jakimś rogatym bóstwem (wedle Jupiter Hammon), co by pozornie potwierdzał dodany Suentebueck to jest święty byk” albo na str. 158: „Nie wiemy, czy istniał rzeczywiście łużycki bóg z posągiem Flins zwanym, gdyż nie mamy dlań dawnego świadectwa, również jak dla boga Krodo albo dla łużyckiej bogini Cicy” a od str. 159 do 162 stara się obronić Czarnoboga i Białoboga nawet, chociaż o Białobogu mamy tylko takie same świadectwa, jak dla Krodona i Cicy! Toż tylko powiemy i o następnych uwagach: „Czarnobóg a Białobóg jako dwie przeciw sobie stojące postaci bóstwa dobrego i bóstwa złego były chyba u Słowian połabskich, ale wedle wszego powstały dopiero na samym końcu pogaństwa albo pod wpływem myśli chrześcijańskiej o Bogu i diable, albo snadź pod wpływem innej starszej nauki dualistycznej, co do handlowych i kulturalnych centrów przy Bałtyku wnikła ze wschodu”! Że „locum quandam Belbuc nunc s. Petri castellum101” nazwano (str. 161. nota 1), niczego nie dowodzi, gdyż Niemcy często przezywali imionami „świętymi” miejscowości słowiańskie (np. Kabeliz przezwali Marienburg, ale pierwotna nazwa pogańska nie ustąpiła do dzisiaj chrześcijańskiej”); a że u Kaszubów nazwy Białoboga i Czarnoboga do dziś istnieją, zawdzięczają to oni nauczycielom wiejskim, co im te bajdy z własnej lektury podsunęli. Tylko Czarnybóg: diabeł istniał u Wagrów i Obotrytów dzięki wyłącznie wpływom chrześcijańskim; Białoboga z palców sobie późni dopiero Niemcy wyssali, i jeden i drugi do mitów słowiańskich nie należy wcale. Co sądzić o bóstwach Helmoldowych? idolum plunense Podaga, Prove starogrodzki i Siwa dea Polaborum? Jedyny to istotny przyczynek Helmoldowy do mitów słowiańskich. Znaczenie jego dzieła jak najniesłuszniej wyolbrzymiono: jeżeli się zważy, że spędził on długie lata między Słowianami poganami i półpoganami, że wszystko, co ich wiary dotyczyło, ich duch-pasterza winno było nader zaciekawić, to wynik jego rozpytywań i wiadomości najniklejszy. Po słowiańsku nie wyuczył się i nie miał ani wyobrażenia o dźwiękach słowiańskich, przecież Korzec pisze Kuritze(!), kapłan nazywa się Mike, tak z e, jak przy Kuritze102 itd. Przesadzono, jak u Prokopiusza, wartość jego uwag grubo; o Świętowicie stokroć więcej i lepiej od Saksona słyszymy; co o najwyższym lub o czarnym bogu prawi, należy do mitologii chrześcijańskiej, nie do pogańskiej; Radegasta odpisał dosłownie z mistrza Adama. Nie tracą wartości jedynie notatki o „zdrawicy” przy ucztach; o nieskładaniu przysiąg; o wiecach sądowych w gaju starogardzkim co poniedziałki; wyliczenie tych trzech bóstw, z których imionami nic począć nie można. Idolum plunense Podaga nie może być kobietą, bo nazwałby je dea w takim razie; więc ulubione tej nazwy zbliżenie z Długoszową Pogodą już z tego względu chroma103; w całej słowiańszczyźnie jest tylko jedno słowo, co by się z owym Podagiem dobrze zgadzało, ruskie podog, podożek kij wędrowny, ale znaczenie temu chyba przeczy. O Prowe nic się nie da powiedzieć, zakończył je na ulubione swoje e, jak Kuritze lub Mike; znowu jedyne słowo słowiańskie, zgadzające się tym razem lepiej niż poprzednie, byłoby prawo i nie byłoby mowy o bóstwie, lecz o wiecach prawnych, sądowych, co feria secunda (poniedziałki) odprawowanych, a więc nowe nieporozumienie, godne Helmolda. Pozostaje Siwa dea. Na oko zdaje się = żywa, ale jeżeli nawet od żywej pochodziła, to tak się nie nazywała, chyba *Żywia, jeżeli to raczej nie neutrum Żywie znane nam z Długosza (deus vitae). Żeby to były bóstwa najwyższe (primi et praecipui erant), to po prostu nieprawda; tak nazwał on sam te, o których cośkolwiek usłyszał, piąte przez dziesiąte, jak dowodzi zmyślony Radegast deus terre Obotritorum, nie bóstwo, lecz pomyłka Adamowa. Więc wartość przekazu Helmoldowego bardzo a bardzo drobna.
Źródła duńskie, o wiele obfitsze i dokładniejsze, niestety, przeważnie zadowalają się opisem rzeczy pod zmysły podpadających, a więc posągów i świątyń, do czego przystępuje opis godów Świętowitowych jesiennych i bezdennie głupia anegdota komiwojażerska, odnosząca rzeczy psie do ludzi a dowodząca tylko, jak bezkarnie łatwowierność średniowieczną wyszydzano. Natomiast nie istnieją dla Duńczyków rzeczy subtelniejsze, jakich tyle u żywociarzy Ottona Bamberskiego znajdujemy; więc bogowie rugijscy wszyscy na Marsów tylko im zakrawają, tak samo powiedzą o Rujewicie: hoc numen perinde ac Martis viribus praeditum bellis preesse crediderant104, jak o Trzygłowie: Tiarnaglofi erat eorum victoriae deus qui cum iis in expedicionibus ibat105 (podobnie żywociarz Oty powie: Gerovitus qui lingua latina Mars dicitur106). Choćby z tego jednak wynika, że nie mogły, jak u Thietmara czytamy, boginie Słowian w bojach prowadzić; opowiadanie jego, jak Niemcy jednę taką boginię kamieniem utrącili a druga w przeprawie przez Muldę utonęła, odnosi się naturalnie tylko do stanic boskich. Leutici... deos uimet precedentes subsecuti107 mówi też na innym miejscu Thietmar trafniej, to jest: idąc za stanicami.
Opowiadania duńskie o Rugii a niemieckie o Pomorzu i „Obotrytach”, jeżeli się im przyjrzymy dokładniej, wykazały cechy odmienne to do posągów boskich. Rugia widocznie najbardziej w nie opływała i to w posągi nadludzkich rozmiarów: Rujewit Korzenicki... spissitudo illi supra humani corporis habitum erat, longitudo vero tanta108, że Absalon na palcach stanąwszy zaledwie siekierką swoją jego podbródka dosięgał; nie mniejsze chyba bywały i inne, a Świętowit wszystkie rozmiarami przechodził. Na Pomorzu mówią źródła częściej o simulacra i statuncula, a więc o posążkach, nie o posągach, chociaż byty idola maiora et minora109, które św. Otto popalił; inne mniejsze (modicae statuae) ozdabiano lub odlewano z kruszców złota, srebra, miedzi (np. ów Saturnus z r. 963 w ziemi wagierskiej) i przez to samo miewały z góry drobniejsze rozmiary; chowano je też po dziuplach w drzewach albo posyłano do Rzymu. Jeszcze bardziej widocznie zmniejszała się liczba i wielkość posągów w Aldenburgu i Meklenburgu; niektórzy bogowie żadnych tu nie miewali posągów, inni tylko simulacrum — wizerunek skromny, skoro Helmold nic więcej nie dodał. W Radgoszczu stały dalej posągi różnych bogów razem, jak na chełmie kijowskim; na Rugii i Pomorzu takich zbiorowisk czy muzeów, zdaje się, nie było, każde bóstwo osobną miewało „kącinę”. Rugia więc pod każdym względem wysuwała się na czoło pogaństwa; już Pomorze nieco skromniejszą odgrywało rolę.
Jak Rugii świętego Wita a Wołosowi św. Własa, podobnie narzucono Pomorzu Cezara. Jak Trajanowi cesarzowi u południowych (i wschodnich?) Słowian się poszczęściło, tak samo powiodło się Juliuszowi Cezarowi u zachodnich, z tą jednak różnicą, że Trajan-Trojan dostał się istotnie do ludu, że imię jego obiegało istotnie miejsca i baśni, gdy Cezar wcale poza kroniki niemieckie (pomorskie) i polskie nie wyszedł; nie ma go nawet u Czechów, co się Aleksandrem W. zadowolili. Bzik czy mania średniowiecza, odnachodząca między Germanami i Słowianami starożytność klasyczną, ów bzik, co wyprowadzał (już u Widukinda) Sasów z Troi a Merseburg (u Thietmara) od Marsa, czepił się u Słowian pomorskich i polskich dwu szeregów miejscowości, Julina-Wolina i wszelakich Lubinów-Lubuszów, wywodząc je od Juliusza boskiego. Nie tykamy tu Lubiążów, Lubinów, Lubustów polskich, bo z mitologią i mitami nic nie mają wspólnego; nie można za to pominąć Julina-Wolina i jego pamiątek. Były dwojakie (obie Niederle str. 158 najmylniej pomieszał w jedno): columnam mirae magnitudinis Julio Caesari a quo urbi Julin nomen asumpsit dicatam excidere aggressus est110 (Bernhardus, u Ebbo II, 2) to jest słup drewniany, jaki przed grodami i w ich obrębie stawiało pogaństwo w celach i widokach nam nieznanych (co innego chyba owe gradus lignei pomorskie, z których do ludu przemawiali woźni i urzędnicy), i od których różne Stolpe, Słupy, Słupie itd. używano. Obok tego słupu drewnianego (skoroż Bernhard siekierą się nań targnął), była w Julińskiej (Wolińskiej) „kącinie” (nie „gontynie”!) włócznia żelazna, rdzą przeżarta do szczętu, niby Juliusza Cezara, bo bogowie luciccy i pomorscy miewali święte stanice, tarcze, siodła, miecze. Włócznia ta była więc świętością bożka Wolinowego, czy nie owego Plutona-Welesa? Juliuszowi ją przypisano, gdy i sam gród w jego cześć odszedł, a czynili to może nie dopiero księża niemieccy, może samiż Słowianie przed nimi, z których niejeden w ciągu lat 790–1125 i po łacinie się wyuczył, i bajd Juliuszowych się nasłuchał. Ale żadnego boga Juliusza nie było (o jakim w upominaniu św. Ottona u Herborda III 26 czytamy: nec Julium ipsum nec Julii hastam nec statuncula idolorum colatis111) w Juliuszu ani też pod włócznią Juliusza nie ukrywa się nordyjski Julblock (kloc na Boże Narodzenie, badniak serbski), jak Niederle za innymi (str. 158 i 203) przypuszcza: wedle niego to „kult germański, przeniesiony do Julina przez Wikingów, por. kolonię w Iomsburgu; początek nazwy hasta Julii wskazuje widocznie na Julblock — ale cóż wspólnego między żelazną starą włócznią a klocem dębowym? Dodam, że i „Julia, żona Leszka III, założycielka Lubusza i Lublina” (St. Zakrzewski, Encyklopedia Polska V, str. II) jest takim samym wymysłem szkolarskim, nie należącym w niczym do żadnej tradycji.
Mylnie więc nadaje Niederle (str. 158) miastu Wołyń (Wollin) drugie imię Julin”; nie byłoż takiego w istocie, zmyślili je szkolarze średniowieczni, którym jedna i druga litera do wysmażania swoich pseudologii zupełnie wystarczała, aby np. Priapa i Bela w Pripegali-Trigelaus albo Bela w Weli itd. odnachodzili. Oni to zmyślili do Wolin formę Julin a dowód na to przedstawia, jak się z imieniem niedalekiego Woligoszcza ci sami obeszli: urbs Woligost apud urbaniores vocatur Julia Augusta propter urbis conditorem Julium Cesarem:112 urbaniores, to szkolarze właśnie, co tak samo Wolin zeszpecili; dwie litery li lub lu wystarczały im do wywoływania Juliusza czy Julii po Wolinach i Lubuszach czy Lublinach.
Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy, nie powtarzamy znanych szczegółów o Świętowicie, Swarożycu itd. ze źródeł duńskich i niemieckich tylekrotnie przez poprzedników wspominanych; natomiast zaznaczymy wkrótce cechy, nadające kultowi Słowian nadodrzańskich pewną odrębność. Dawno już wytknięto nadmierną (w porównaniu nawet z Rusią kijowską) wybujałość kapłaństwa, przybierającego szczególniej na Rugii pozorne jakiejś teokracji znamiona, chociaż zawdzięczającego to wyłącznie skuteczności wieszczb i łask Świętowitowych. Obok kapłaństwa, niby stanowo występującego, uderza obfitość i przepych świątyń, acz drewnianych; skarby, składane u nóg bóstw a pomnażane wybieraniem formalnych dziesięcin (za przykładem chrześcijańskim?) ze wszelkich zdobyczy. Uderza dalej nadzwyczajna liczba posągów, wielkich i małych, nie tylko z drzewa, lecz i z kruszców (o kamieniu nigdy nie ma wzmianki) i osobliwsza ich wielogłowość — Trzygłowa czczono powszechnie, od Łaby at za Odrę; tylko Helmold nic o nim nie wie, co najlepszą wskazówką marnej jego poufałości ze słowiaństwem służyć może. Uderzają nas uświęcone bogom konie, siodła, tarcze, włócznie, stanice (chorągwie), poręczające zwycięstwo kroczącym za nimi hufom albo służące wieszczbie; najbardziej uderza nas owa wieszczba końska, opisana w tych samych niemal terminach przez Thietmara i przez Saksona, nieznana chyba poza tą zachodnią Słowiańszczyzną; odnosi się wrażenie, jakoby to wieszczenie przez konia Swarożycowego czy Świętowitowego przygniatało znaczeniem swoim dawniejsze, może Welesowe, które Thietmar na czele kładzie, a o którym Sakso już więcej nie wspomina; takim było wieszczenie publiczne, „rządowe”, podczas gdy „prywatne”, domowe, bierkami białymi i czarnymi i kreskami liczonymi w popiele (cet czy licho113) dawny tryb zachowało.
Najbardziej jednak uderza zmiana samego charakteru bóstw samych, połączona nie samym trafem z odmianą ich nazw podstawową. Bóstwom na Rusi, ile z drobnej garstki wiadomości sądzić wolno, przysłużał charakter gospodarczo-wiejski; nawet na głębokim Pomorzu, jak się zdaje, nie zatracił się zupełnie; natomiast na Rugii ci Świętowici, Rujewici, Trzygłowi dyszą wojowniczością: Duńczycy i Niemcy zawsze tylko o Marsie i wojnach przy tych bogach wspominają, tak samo przy Jarowicie; pierwotni bogowie sielscy przemieniają się w heroicznych i przemianie tej odpowiadają najskładniej te nowe, heroiczne imiona Świętowitów itd.: przyczynę tej odmiany czasowej i miejscowej wskazaliśmy wyżej; rozpaczliwa walka o byt, zewsząd zagrożony, wycisnęła swe piętno i na bożkach i okazało się ku zdumieniu naszemu, że ów Słowianin niby taki patriarchalny, nieruchomy, zacofany, nawet w najgłębszych, najświętszych swych przekonaniach zdolen był do gruntownej a dobrowolnej reformy, umiał się przystosowywać do aktualności, do naglących potrzeb, i dobrotliwych dawców obfitości i pokoju, ognia i słońca, od gajów i źródeł, przemienił w najeźdźców, harcujących nocą na uświęconych koniach, żądnych krwi (ofiary ludzkie z chrześcijan wybierane, częstsze niż kijowskie), pewnych zwycięstwa i łupów i wymagających swego w nich udziału. Oto zasadnicze różnice wiary nadodrzańskiej, obce „cichemu” Słowiaństwu.