Zanim na to pytanie odpowiemy, zapytajmyż wpierw, cóż jest ogółem literatura, jaki jej cel i znaczenie? Jaki cel i znaczenie historyi literatury? Czyżby literatura miała tylko służyć bawieniu rozpróżniaczonego tłumu, zabijaniu chwil nudy i przesytu? Czyż historja literatury na to istnieje, aby dobadywać się, skąd np. Słowacki zapożyczał motywów: u p. X czy u p. Y, albo czy lektura tej lub owej książki natchnęła Mickiewicza do snucia swoich wątków, albo na to, aby śledzić liczbę, następstwo, rysopisy kochanek Goethego czy Krasińskiego? Jeżeli tak, to literatura i historja literatury byłaby tylko kupą anegdot, która się rozlecieć musi, niegodna oka poważnego człowieka. Ale tak nie jest. Prawdziwy cel i zadanie literatury, a więc i historji literatury, da się w jednym, jedynym słowie streścić: wyzwolenie. Wyzwolenie ducha ludzkiego nieśmiertelnego z pęt codziennego życia, z niedoli banalnej, z tych wszystkich łańcuchów, które za sobą wleczemy. Literatura wskazuje nam drogę ad astra2; jej hasłem Excelsior3, które ludzkości zawsze przyświecać będzie — i zadaniem nawet szkoły powinnoby być, w porównawczy sposób wykazywać na pomnikach literatury całej ludzkości, to dążenie do góry, to podawanie pochodni światła z rąk do rąk w całym wieków ciągu. Jeżeli nasze gimnazjum kiedyś ozdrowieje, jeżeli wyrzucą z niego tę zawalidrogę, te drwiny z wszelkiej pedagogji: naukę języka greckiego, wtedy może znajdzie się w rozszerzonym programie szkół miejsce i dla takiej historji literatury porównawczej, i prowadzić będą młodzież od liryki i epiki hebrajskiej poprzez cudowne kształty ziemskiej piękności starogreckiego świata, do wizji piekielnych i mistycznych Dantego, do koncepcji ogólnoludzkich i nieśmiertelnych Szekspira, do bojów tytanicznych zapaśnika za wolność Byrona. Wtedy, w takim porównawczym wykładzie literatur świata, i literatura rosyjska zajmie miejsce poczestne.

Kiedy system i program rządowy spodlił w Rosji człowieka, kiedy wygnał wszelką myśl swobodną i ludzką, zakneblował usta, zrównał wszystkich przed samowolą, wtedy to ukryły się poszanowanie człowieka (bez tabeli o rangach) i myśl, nie cenzurowana, nie prostytuowana, do literatury. Aleksander II, patrząc na obrazy Wereszczagina, powiedział, żachnąwszy się niecierpliwie: „oto prawdziwy nihilista” — toż samo mogliby i poprzednicy i następcy jego powiedzieć o całej literaturze rosyjskiej: toć „nihiliści”, nie wchodzący w kompromisy z tym systemem, z tym programem i rządem. Gdyby kiedykolwiek ta literatura służyła nizko i podle temu programowi i systemowi, gdyby im choć kiedykolwiek pobłażała — ah, wtedy i jabym powiedział: Apage satanas!4 — ale tak nie było, literatura rosyjska zawsze czystą i wielką pozostawała.

Naturalnie i w tej literaturze jest hołota, tandeta — a gdzież jej na świecie niema? Ale przecież nie ta do nieśmiertelności przejdzie, do szkół się dostanie; literatura, o której tu myślimy, nigdy niczem się nie spodliła. Mogła się pomylić i potknąć, chwilowo złudę za prawdę przyjąć, dać się unieść prądom spółczesnym, zapomnieć na chwilę o posłannictwie swoim, lecz któż z nas nie błądził! Płaszczem miłosierdzia chrześcjańskiego pokrywamy zapomnienia się jej chwilowe — toć my nie Chamy, by je wytykać! Dosyć miejmy na tym, że ta literatura zawsze ostatecznie wybrnęła z sideł na nią zastawianych, i już dla tego powodu mogłaby ona i nam być zrozumiałą i cenną. Nigdy Polak nie pisał takich rzeczy na Rosję, jak Rosjanie sami — to jest nie przeciw niej, i oniż kochają gorąco swoję ojczyznę, ale przeciw „systemowi” i „programowi”. Przykładów przytaczać chyba nie potrzeba. Możnaby wspomnieć o ludziach, którzy ogółem całe życie tylko z Rosją oficjalną literacko walczyli; taki Hercen w przepięknych książkach, przepełnionych miłością i sympatją ku Polsce; taki Sałtykow (Szczedrin), piszący z pianą u ust i zgrzytem zębów przeciw spodleniu spółczesnego towarzystwa rosyjskiego, za które wina w pierwszej linii spada na ów system i program. A cóż mówić o ludziach, co strawili całe życie na walce z tymi różnymi przeszkodami i zakazami; nawet byle jaki, skalą tylko znaczniejszy, prawdziwy artysta — i on pisze rzeczy, jakichbyśmy napróżno w literaturze polskiej szukali, gdzie przecież przekleństw i złorzeczeń na „Moskali” nie braknie.

Oto Czechow, nowelista, niedoszły Maupassant rosyjski, który zaprawiał się na humorystyce, na różnych tematach, nieraz bardzo draźliwych, więc pisarz, którego nie można pomawiać o tendencje polityczne, ale czytając te szkice szare, bezbarwne, a mimo to tak wyraziste, tylko jedno odnosiło się uczucie: „jaka ta Rosja straszna, jakiej odwagi trzeba, aby tam żyć!” Byle jaki z licznych szkiców, ot kilkanaście stronic jego Mużyków — gdyby to Polak napisał, powiedzianoby: Oto nienawiść polska tak zaślepiła autora, że bluzga szyderstwem i potwarzą na tę ostoję życia rosyjskiego, na chłopa. Tymczasem Mużyków napisał Czechow, któremu się o jakim bluźnierstwie ani nienawiści nie śniło; owszem gorąco on kochał tych nienawistnych „mużyków”. I tak ciągle. Więc literatura rosyjska a system dawny rosyjski, to są rzeczy różniące się między sobą jak niebo i piekło, jak dzień i noc, a zwalać odjum z systemu na literaturę znaczyłoby tylko karać niewinnego za winnego.

Lecz może ktoś powie: Trudnoż nam zalecać literaturę rosyjską, tam chyba co krok spotkamy się z rzeczami, stosunkami nam co najmniej nieprzyjemnymi; nas tam przedstawiają, lżą i sromocą. Otóż i co do tego można być spokojnym: rzadka literatura w świecie, któraby tak mało o Polakach mówiła jak właśnie rosyjska; w literaturze francuskiej lub angielskiej znajdzie się nieraz wzmianek o Polaku więcej, niż w rosyjskiej. Na pozór to bardzo dziwne, a w istocie konieczne. Proszę wziąć np. takiego Turgenjewa: kilkanaście tomów bitego druku znacznego formatu, powieści z całego życia rosyjskiego, kalejdoskop wyżyn i nizin przez kilka lat dziesiątek, a o Polakach najmniejszej wzmianki!

Raz, przypominam sobie, w jednym szkicu, w Królu Lirze stepowym, wymienia Turgenjew rządcę dóbr Polaka, który dziwi się tylko i ściska ramionami, patrząc na wybryki swych chlebodawców, ale ten Polak nawet nie jest nazwany i tylko paru wierszami zbyty. Innej wzmianki u Turgenjewa się nie doszukałem, u Turgenjewa, który przecież o Niemcach, Francuzach, Włochach i t. d. rozprawia. I nie mówi on o Polakach nawet wręcz ze szkodą dla swojego przedmiotu.

W takiej powieści, jak np. Na Kanunie, sam temat dopraszał się formalnie tego, żeby zamiast nieco fantastycznego i nienaturalnego Inzarowa, Bułgara, przedstawić Polaka, — lecz i tu nawet zawodzi Turgenjew i woli problematycznego Słowianina zamiast przedstawiać to, co miał niejako pod ręką.

Albo Tołstoj. Naturalnie nie mówię tu o jego rzeczach politycznych, np. o odpowiedzi na list i zapytania p. Zdziechowskiego co do narodowości i patrjotyzmu, ale Tołstoj jako poeta, jako artysta, chociaż takie olbrzymie zostawił dzieło, również nigdzie Polaków nie wprowadza. Raz tylko, w Zmartwychwstaniu, ale i tam trzeba sięgnąć dopiero do wydania zagranicznego (londyńskiego), aby się tej wzmianki doszukać; w rosyjskich i berlińskich wydaniach jej niema.

Ba, taki Dostojewski, który przecież całe lata w jednej kaźni przeżył z Polakami-więźniami, i on nigdy o Polakach nie wspomina, nawet w zapiskach swoich z Domu Martwego; dopiero w wydaniach pośmiertnych objawiono dość pobieżne wzmianki o tych towarzyszach niedoli. A zresztą raz coś wspomniał o szulerach Polakach, którzy innego szulera do szczętu obegrali, zresztą milczy o nich. Ów Czechow, rozglądający się po całej Rosji Pobiedonoscewa i Plehwego wszerz i wzdłuż, wspomina raz o jakimś „nadętym Polaku”, ale i to nie Polaka, tylko Rosjanina tak przezwano, a innym razem wspomnienie niepochlebne oficera, przygodę miłośną z manewrów, przytacza.

A więc o nas literatura rosyjska mówi jak najmniej. Naturalnie zdarzają się wyjątki, jeżeli np. Rosjanin zapuszcza się w dramat historyczny i mimowoli sięga do jedynego epizodu dramatycznego w swych dziejach dawnych, do Samozwańców i ich walk i udziału w nich polskiego. Więc Puszkin wystawił Polkę w „Mniszkównie”, ale czuje się formalnie, że ci Polacy chyba więcej przypadkowo w tragedji moskiewskiej się znaleźli. Albo Aleksy Tołstoj w trylogji swojej o „Groźnym”, a raczej o Godunowie musi posłów polskich, Haraburdę i t. d., wprowadzać, lecz wszystko to znowu całkiem epizodycznie się dzieje, niby przypadkowo, i bywa to stale tak od czasów fatalnej Sumarokowa tragedji aż do nudnych nieco dramatów Ostrowskiego. Osobno tu chyba wytknę potknięcie się p. Kukolnika (z familji w Wilnie Mickiewiczowskim nadto dobrze znanej), co w tragedji „Ręka Najwyższego ojczyznę zbawiła” po r. 1831 (!) „w polskiej krwi używać” kazał; — gdy uczciwy Polewoj podły ten dramat wedle zasługi ocenił, nie pytając o „patrjotyzm” roryjski (dosyć świeżej daty zresztą) p. Kukolnika, sam sobie grób wykopał i „Ręka Najwyższego” nietylko 1612 r. „ojczyznę zbawiła”, lecz wedle znanego kupletu, i „Polewego uchodziła” (dobiła), a Kukolnika sławnym uczyniła — próbował przecież sam Mikołaj I i malarza francuskiego Werneta wspomnieniem 1612 r. i roli polskiej ówczesnej przeciw Polakom podburzyć, napróżno.