Ukraińcy w literaturze rosyjskiej zwracali się również ku polsko-kozackim dziejom, a więc Gogol, póki się nie przedzierzgnął w pisarza rosyjskiego, póki w nim przeważały wspomnienia małoruskiej ojczyzny i pochodzenia od dygnitarzy kozackich, pisał i Tarasa Bulbę z połowy XVII wieku i na Polskę i Polaków piorunował — ale Taras Bulba jest jedną z jego najsłabszych rzeczy, z bohaterami romansowymi, zato całkiem nierealnymi. To wszystko więc są wyjątki, nie znoszące reguły samej; takimi pozostaną i żytomierskie wspomnienia młodości u Korolenka, Małorusina z rodu.
W latach między 1863 a 1871 rokiem, pojawiały się częściej romanse rosyjskie, odnoszące się i do Sprawy polskiej. Były to romanse pisane przeważnie przez ludzi z obozu konserwatywnego, patrzącego z największą nieufnością na rozpędy liberalne rządu, które długo nie przetrwały, na zakusy o wiele dalej idące społeczeństwa samego, które próby ogniowej również nie wytrzymało.
Wtedy to rewolucjoniści rosyjscy, zrozpaczeni co do energji i siły spółrodaków, kończyli nieraz tym, że rzucali się w objęcia Sprawy polskiej, i takichto Rosjan, rewolucjonistów i rewolucjonistki, kreślili w tych latach Pisemskij i inni. Gdy rozegrał się krwawy dramat, gdy udało się Katkowowi poszczuć całe społeczeństwo rosyjskie na Polskę, wtedy głównie w jego czasopiśmie, w „Wiestniku russkim”, pojawiały się romanse Markiewicza, Krestowskiego i innych, gdzie również Polaków traktowano jako tych zawziętych rewolucjonistów, maczających palce w każdej sprawie na szkodę Rosji. Tych rzeczy dziś nikt już nie czyta; gdym o tandecie literackiej wspominał, właśnie tych panów i ich romanse miałem na oku. Więc tu jeszcze miejsce wspomnieć o szanownym bracie szanownej wielkorządczyni Warszawskiej — siostra gnębiła po swojemu Polaków spółczesnych (pani Hurko); jej brat zaś (hrabia Salias) gnębił Polaków w historycznych romansach z 18. wieku, w swoich Pugaczewcach, ten bunt prawdziwie rosyjski zaliczając całkiem na karb intrygi polskiej, i chwała Bogu, że choć samego Pugaczewa fizjognomja tak wyraźnie kałmucka, że już nie mógł hr. Salias nas przekonać o tym, jakoby ten Pugaczew był jakimś przebranym Polakiem, emigrantem i emisarjuszem polskim.
Oto niemal już wszystkie wyjątki. Zdarzają się one i w prasie, zwłaszcza słowianofilskiej, ale, powtarzamy, w samej literaturze rosyjskiej o nas dosyć głucho, całkiem inaczej niż u nas, gdzie nieraz i całe dzieła wyłącznie około Rosji, naszego stanowiska, naszych rachunków z nią się obracają, chociaż w nich ani słowa o Rosji niema. My wiemy przecież, o jakim to Rzymie myślał autor Irydiona, gdy mu z Masynissą — piekłem kazał pakt zawierać, aby mógł kiedyś deptać po owym zmiażdżonym i zniszczonym Rzymie; wiemy, czyje to filary Samson-Wallenrod właściwie chciał skruszyć. Więc inaczej niż u nas ma się rzecz w rosyjskiej literaturze: ona odpłaca naszą niewiedzę o niej absolutnym o nas milczeniem, tak jaskrawym, że mimowoli budzi się pytanie, skąd to milczenie, czy i ono może równie wyrozumowane, jak nasza niewiedza?
Najistotniejszą tego przyczyną będzie sam fakt powiedziałbym geograficznej wyłączności rosyjskiej. Turgenjew, Tołstoj i t. d. mówią tylko o życiu rdzennie rosyjskim, przedstawiają gubernje środkowe, wieś, dawne sadyby i gniazda szlacheckie (dworjańskie), wyjątkowo tylko Moskwę i Petersburg. Więc z góry niema u nich wcale miejsca dla Polaków, których tam przecież nie posiano; nie mają poprostu sposobności ich poznać, ci pozostają im obcymi; zbyt zaś rzetelni to artyści, aby na niewidziane, z samej fantazji, obcych im ludzi odtwarzali. Przyczyniają się i trudności cenzuralne — wolno było tylko Polaków szkalować, a taka perspektywa tylko tandeciarzy, jak B. Markowicza i spółkę, nęcićby mogła; nie dla Turgenjewa, ani Tołstego licowałoby Katkowskie ujadanie i urąganie. Wolnoż było krytykowi Bielińskiemu, zaczadzonemu od idealizmu heglowskiego, patrjotyczność poezji Mickiewiczowej zasądzać — gdy otrzeźwiawszy należne hołdy poecie polskiemu chciał składać, tego mu cenzura już nie dozwoliła. Niejednej rzeczy absolutnie i tknąć się nie było można, np. owych oficerów rosyjskich (Potebnia), sympatyzujących z „miatieżnikami”. Więc i brak znajomości stosunków i ludzi, i sumienie samo, a choćby prosta ostrożność (stracił przecież Hercen cały wpływ na swe społeczeństwo dla swych sympatji polskich) zalecały szanującym się literatom rosyjskim wstrzemięźliwość absolutną co do rzeczy polskich.
Tak powstał dziwny, niebywały nigdzieindziej fakt: stanęły obok siebie, w granicach jednego „imperjum”, dwa społeczeństwa, dwie literatury — bez jakiejkolwiek, zdawałoby się, arcynaturalnej, koniecznej transfuzji krwi, nie znające się, wyłączające się, wrogie sobie. My mówili o „nich” tylko z nienawiścią, „oni” o nas milczeli — nb. na polu literackim, które przecież życia narodowego i socjalnego jeszcze bynajmniej nie wyczerpuje. Względy polityczne, przynajmniej u nas, decydowały o „wzajemności słowiańskiej”, t. j. o zupełnym jej nieistnieniu, rozciągniętym konsekwentnie i na literaturę, bez pytania o jej winie, wartości, poziomie i kulturze.
Jeżeli takim był nasz stosunek do literatury rosyjskiej, jeżeli nie było właściwie powodu zupełnego od niej stronienia (przeciwnie byłyby raczej powody, któreby kazały zaznajamiać się z nią, z jej pociskami, wymierzanymi nie przeciw jednostkom, lecz przeciw samym podwalinom, fundamentom całego gmachu, systemu i programu), zapytajmyż jeszcze, jaki był stosunek osobisty między jednostkami śród Polaków, a tą literaturą, bo dotychczas mówiliśmy tylko o ogóle.
Literatura rosyjska przedstawia bardzo charakterystyczne znamię. Niema drugiej literatury na świecie, w którejby tyle obcych nazwisk się przewijało, jak właśnie w niej. Nie ubliża to jej w niczym; nazwiska są obce, ale ludzie, którzy te nazwiska noszą, są po wielkiej części Rosjanie z krwi i kości albo przynajmniej udają takowych. Nie mówię tu naturalnie o nauce; nauka przez długie lata była w Rosji przywilejem formalnie zagranicy, przedewszystkiem Niemców; akademja rosyjska w Petersburgu była tylko filią niemieckich kół uczonych i dosięgła samego wierzchu niedorzeczności, gdy nie dopuściła do swego grona największego chemika rosyjskiego, człowieka europejskiej wiedzy i zasług, Mendelejewa. Również i w innych działach nauki kwitnie tam przemysł cudzoziemski, oto np. tacy Czesi, którzy w Rosji są albo kapelmistrzami, albo filologami. Lecz myślę o literaturze pięknej, bo i w tej literaturze nazwiska obce, nierosyjskie, niesłowiańskie nawet, bardzo wybitną grają rolę, przynajmniej na pozór, na pokaz. A więc przedewszystkiem tatarskie: Turgenjew, Aksakow, Sołtykow, to wszystko potomkowie wychodźców z ordy, ale to takie wieki, że dziś tylko nazwiska są ostatnim tego pochodzenia śladem. Częste są i nazwiska niemieckie: taki Von Wizin nawet swoje niemieckie „von” zatrzymał, choć już od pradziada był prawosławnym; prawosławnym denuncjantem był Niemiec Wigel (znany z swoich pamiętników) a jeden z najzagorzalszych patrjotów i purystów rosyjskich, ów, co to się „kozakiem Ługańskim” przezwał, był sobie poczciwym Niemcem, Dahlem, podobnie jak słynny filolog-slawista, Wostokow, jeszcze jako Von Osten wierszami się popisywał, zanim ewangelję Ostromira wydawał. Tu należą Küchelbeker (mistyk, niegdyś dekabrysta), Palm, dramaturg niegdyś ceniony, Avenarius, co po romansach społecznych pisaniem dla młodzieży się wsławił, Engelharty i t. d., i t. d. Znajdziemy dalej Francuzów, nawet Szkotów, bo przecież Lermontow od Szkota Lermonta się wywodził i już dlatego samego z Byronem szczególniejsze pokrewieństwo odczuwał.
Nie dziw więc naturalnie, że w literaturze tej, jak ogółem w całej Rosji, spotykamy się często z nazwiskami polskimi. Nazwisko polskie prawda nie stanowi jeszcze nic o przynależności narodowej, wszak mamy nazwiska polskie w najwyższych sferach rosyjskich: taki np. Hurko, którego antenat był przecież rodzonym antenatów Kościuszki bratem, i szkic p. Gawrońskiego, który właśnie to dziwne pokrewieństwo wykazywał, tylko w jednym mnie punkcie nie zadowolił, mianowicie nie dowiedziałem się o różnych przewagach i męstwach starego Hurki, o których przecież Rej wyraźnie pisze — niechże odpowiedzialność za ten fakt zostanie przy nim, zapewniającym nas w „Zwierzyńcu” przy Uhrowieckich „z narodu greckiego, książę Hurka sławnego mieli przodka swego”.
I takich jest masa — wszak były minister wojny Wannowski, który wprawdzie nieprzyjaciela na polu bitwy nie pobił, zato grekę, wyrzuciwszy ją z gimnazjów, pochodził z słynnej rodziny polskiej, która od wieków z ojców na synów pastorat kalwiński w Słucku zajmowała. No, i tak dalej. Niepokojczycki, Puzyrewski i i. Lecz wróćmy do tych tylko Polaków, a raczej nazwisk polskich, które w literaturze rosyjskiej figurują. Zdziwiłby się niezmiernie szanowny Imci Pan Pasek, gdyby swojego krewnego znalazł właśnie między Rosjanami, tylko on się tam już nie Paskiem lecz Pasekiem nazywał i wpływ odegrał znaczny w życiu i rozwoju Puszkina; nazwisko Paseków zapisano dodatnio w dziejach kultury rosyjskiej lat między 1830 a 1840-ym. Kiedy u siebie mamy Aksaka, Sołtyka, Korsaka i t. d., w Rosji jest Aksakow, Sołtykow, Korsakow i t. d. Różnica w końcówce niczego nie dowodzi, jest regułą powiedziałbym gramatyczną. A więc był u nas Korsak, znany poeta i tłumacz; Sołtyk, ten pisał co prawda mało; Aksak jeszcze mniej, ale przynajmniej krewnych swoich pisarzami rosyjskimi pozostawili. U nas Kniaźnin głównie tylko lirykę piastuje, jego krewny rosyjski Kniaźnin, choć o pokrewieństwie nie wiedział, wyłącznie dramatowi się oddał. Są to nazwiska familji, które się podzieliły; jedna gałąź w Polsce, druga w Rosji osiadła, albo się z Polski do Rosji przeniosła. Takich jest spora liczba, lecz nie stanowi ona o jakimś udziale Polaków w literaturze rosyjskiej, gdyż to raczej czysty przypadek, jak z owym Japończykiem, który w XVIII wieku do literatury rosyjskiej się dostał i który bynajmniej nie odpowiada temu wysokiemu mniemaniu, jakie my dziś o Japończykach mamy (Bogdanow).