Takiż przypadek tylko, jeśli np. pisarz rosyjski z matki Polki się rodzi (słynny poeta Niekrasow).

Polaków, prawdziwych Polaków, którzy się przynajmniej do polskości przyznawali, i tych nie brak w literaturze rosyjskiej.

Nie będę wszystkich nazwisk wymieniał, powtarzają się one aż do dni ostatnich, tacy noweliści i beletryści jak Barancewicz, Jasiński (piszący pod pseudonimem Bieliński) i t. d. Ale to nic wybitnego: Barancewicz wcześnie umarł zbiedzony nędzą w Petersburgu, Bieliński porzucił w końcu beletrystykę i całkiem publicystyce się poświęcił.

W pierwszej połowie zeszłego wieku kilku Polaków wybitną nawet odegrało rolę w literaturze rosyjskiej, ale niestety nie możemy się bynajmniej szczycić tymi okazami naszej narodowości, przeniesionymi nad Newę. Mam na myśli Bułharyna i Sękowskiego. Tadeusz Bułharyn, którego nazwisko niestety spotykamy i w listach Mickiewicza i Lelewela, ceniących go osobiście i po którym się wiele spodziewają, i w rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk, gdzie Niemcewicz nawet przychylnie o rodaku-powieściopisarzu się odzywa, uderzony tylko brakiem żywiołu w nim polskiego, otóż ten Bułharyn miał chyba wszelkie powody wyprzeć się nazwiska tak jak znany etnograf-entuzjasta Czarnocki, który ślad wszelki zatarł, gdy się Chodakowskim przezwał. I Bułharyn w wojsku rosyjskim służył, aby potem w napoleońskich stawać szeregach, ale wrócił nad Newę i żeby zatrzeć pamięć po tej proteuszowej przeszłości, takim wyrobił się Rosjaninem, że i o nim jak o H. Rzewuskim mógłby cesarz Mikołaj I powiedzieć: il est plus russe que moi! Ten pan Bułharyn — tak o nim Puszkin twierdził — znakomitym okazał się patrjotą polskim, bo odstępstwem swoim od Polski, i Polaków od łotra wybawił i Rosję braterstwem swojem zbrudził, lecz mimo to był wybitną figurą w literaturze rosyjskiej. On pierwszy na wielką skalę uprawiał romans społeczny, prowadząc swojego Wyżygina po całej Rosji, każąc mu odnajdywać wzorowych obywateli „Rosjaninowych” i różnych mniej wzorowych, np. Boćwinkę, znanego prokuratora wileńskiego z czasów filareckich (wystawionego pod nazwą Skotinka).

Próbował się p. Bułharyn i w historycznym romansie, naturalnie o Samozwańcu, tu miał jednak mniejsze powodzenie, ale w życiu literackim zaważył już choćby jako patrjota-denuncjant. Jaki to miły był człowiek, jeden przykład wystarczy. Gdy budowano dworzec mikołajewski, to jest pierwszy dworzec kolei żelaznej w Rosji, wtedy krytyk Bieliński, na którego już czekały kazamaty piotropawłowskiej fortecy, ale którego śmierć litosna wybawiła od tej ostatniej próby, więc ten krytyk w ostatnim stadjum suchot jeszcze wychodził i patrzył z radością na budujący się dworzec, bo był on mu dowodem, wskazówką pierwszego stałego połączenia Rosji z Zachodem. Bułharyn w Pszczole północnej z powodu tego samego budynku innym oddawał się marzeniom: „Jak szczęśliwym będzie Rosjanin, co rano w Petersburgu, a wieczorem w Moskwie za najjaśniejszego pana będzie się mógł modlić”. Na taki koncept nawet żaden Rosjanin się nie zdobył.

Sękowski, w gruncie nie tak zepsuty i podły jak Bułharyn, chociaż i on przegniły, człowiek uczony, orjentalista, zarzucił naukę, aby bańkami mydlanymi i figlami jarmarcznymi Rosję zabawiać. Jako redaktor zasłużony tym, że pierwszy w obieg puścił miesięcznik z wielkim stosunkowo powodzeniem, niezaprzeczony swój talent splamił i zniszczył owymi kpinami, owym szyderstwem ze wszystkich i ze wszystkiego.

Od smutnej pamięci Bułharyna, Sękowskiego, Przecławskiego (Cyprinusa, piszącego po rosyjsku swe wspomnienia), odbija tym jaśniej postać Włodzimierza Spasowicza, przynosząca chlubę obu literaturom, do których niemal w równej mierze należy. Nie tu miejsce na ocenę jego wieloletniej i wytrwałej działalności, której płody literackie w wydaniu rosyjskim i polskim niedawno zebrał, pisując ostatnimi laty niemal tylko w „Kraju” oceny dzieł i najnowszej literatury, od „Połanieckich” do Wyspiańskiego i Daniłowicza. Znakomity obu literatur znawca w rosyjskim podręczniku literatury polskiej wybornie wywiązał się z zadania, oświecić Rosjan co do naszej literatury, jej piękności estetycznej i moralnej, jej idei i tendencji, nie posunął jej jednak aż do naszych czasów, urwał w połowie wieku. Polski znowu czytelnik znajdzie u niego wyborne charakterystyki Puszkina, Lermontowa, ks. Wiaziemskiego (którego mniemane polonofilstwo słusznie do właściwych sprowadza rozmiarów), Kawelina i i., ciepłe słowa uznania czy wspomnienia dla innych, Boborykina i t. d. O pracy jego zawodowej, o podręcznikach prawniczych, o mowach obrończych w procesach politycznych (i za „przestępcami” polskimi), o działalności „ugodowca”, ściągającej takie gromy niegdyś na niego (i dzisiaj jeszcze ilużto polityków i krytyków domorosłych niemoże mu tego przebaczyć), nie nasza rzecz wspominać.

Tacy są jeden i drugi z Polaków, którzy częścią do polskiej, częścią do rosyjskiej należeli literatury, gdyż i Bułharyn i Sękowski pisali i po polsku. I prócz nich literatura rosyjska jeszcze i innych ludzi wskazuje, którzy również wedle dzieł swoich do obu literatur należeć mogą. Prawda, odległe to nieco dzieje i nie wiedział o nich Mickiewicz, kiedy pisał, że Polacy i Rosyanie w dziełach literackich nigdy się dotąd nie stykali, ani zaprzyjaźnili.

On się mylił, a z nim zapomnieli i inni z gruntu o tych dawnych stosunkach. Dziś naturalnie i już od lat kilkudziesięciu odnowiono tę pamięć, te czasy, ale i tak jeszcze nie ze wszystkim, nie zupełnie wydarto — powiedziałbym zapomnieniu wiekowemu liczne fakty, cały szereg dzieł i nazwisk osobistości, łączących, niby ogniwa jakie, literaturę polską z rosyjską. Właśnie o nich kilka słów powiedzieć należy, tymbardziej, że Rosjanie sami, traktujący o tej literaturze (np. ostatnimi laty prof. Sobolewskij) starają się charakter i zasługi tej literatury polsko-ruskiej nieco obniżyć, odmienić, wybitnej cechy polskiej pozbawić.

Przyjęcie chrześćjaństwa nie z zachodu lecz od Grecji, ze wschodu, przyjęcie połączone zarazem z obrządkiem niemal narodowym, w słowiańskim języku, odcięło Ruś całą od Zachodu, od życia europejskiego. Skutki tego odcięcia objawiły się dopiero później; początkowo, jeszcze w XI wieku, nie okazywały się one znaczniej, wszak jeszcze Jarosław swatał swoje córki za królów francuskich i cesarzy niemieckich. Ale z każdym nowym wiekiem pogłębiała się przepaść, dzieląca Ruś od Zachodu i w tej przepaści pogrążyła się kultura ruska, zapowiadająca się niegdyś, jeszcze w XI wieku, z początku jego, niemal świetnie. Ruś jedyna przedstawia ten dziwny obraz, że na gruncie europejskim kultura z stulecia w stulecie coraz niżej spada, coraz bardziej kostnieje i zamiera. Szczytu, albo raczej najgłębszego upadku dosięga to obumarcie w XIV, XV, XVI wieku. Ruś odcina się całkowicie od Zachodu, uznaje w sobie samej jedyną twierdzę prawej wiary, prawowierja albo w fałszywym tłumaczeniu: prawosławia, że wyrzeka się jakiejkolwiek łączności z Zachodem, że uważa swoję cerkiew za skalaną, którą na nowo poświęcać trzeba, jeżeli pies albo katolik do jej wnętrza się dostanie. I wtedy to powstaje na Rusi to górne mniemanie o sobie, jako o jedynym prawdziwym Rzymie, trzecim i ostatnim, w którym jedynym wiara ocalała, gdy Bóg skazał Greków na zagładę a Konstantynopol wydał Turkom, za odstępstwo w Chrystusie na florenckim soborze. Ten przesąd wsiąka formalnie w krew ruską i z tego punktu zapatrują się oni na Zachód i byłaby dalej ta chińszczyzna w Europie przetrwała, gdyby nie Polska, gdyby nie stosunki polsko-ruskie, które koniecznie odmiany, zwrotu się domagały.