Ponadto, gdziekolwiek by nie był — w Paryżu czy w Kairze — przez owo okienko lokaj zawsze rozdawał w imieniu pana jałmużnę.
Pokój przylegający do biblioteki stanowił sypialnię. Na całe umeblowanie składały się łóżko bez kotar, klęcznik, cztery fotele i kanapka z żółtego aksamitu.
Lord Wilmore mieszkał przy ulicy Fontaine-Saint-Georges. Był to jeden z tych Anglików-turystów, którzy przejadają cały swój majątek w podróżach. Wynajmował umeblowany apartament, w którym spędzał zaledwie dwie czy trzy godziny dziennie, a sypiał bardzo rzadko. Wśród jego rozlicznych manii była i taka: absolutnie nie chciał mówić po francusku, choć, jak zapewniano posługiwał się tym językiem w piśmie nader poprawnie.
Następnego dnia jakiś mężczyzna wysiadł z powozu na rogu ulicy Férou i zastukał do drzwi pomalowanych na zielony, oliwkowy kolor i zapytał o księdza Busoniego.
— Ojciec Busoni wyszedł z samego rana — odparł służący.
— Nie mogę poprzestać na tej odpowiedzi — rzekł nieznajomy — ponieważ przysłała mnie tu osoba, dla której trzeba zawsze być w domu. Ale proszę doręczyć księdzu Busoniemu...
— Już panu mówiłem, że go nie ma.
— Jak wróci, proszę mu oddać tę kartkę i tę zapieczętowaną kopertę. O ósmej będzie u siebie?
— O, na pewno, proszę pana, chyba że będzie pracował, bo wtedy to tak samo, jakby go nie było.
— Czyli wrócę o ósmej — odparł nieznajomy.