O ósmej powrócił rzeczywiście, tym samym powozem, ale tym razem nie zatrzymał go na rogu, tylko pod samymi drzwiami.
Zastukał, otworzono mu i wszedł.
Z szacunku, jaki okazał mu służący, domyślił się, że list wywarł pożądany skutek.
— Ksiądz jest w domu? — zapytał.
— Pracuje w bibliotece, ale czeka na pana — odpowiedział służący.
Nieznajomy wszedł na dosyć strome schody. W salonie tonącym w mroku jaśniał tylko stół, oświetlony lampą osłoniętą dużym abażurem; siedział przy nim ksiądz w sutannie; na głowie miał kaptur, jakie przywdziewali w wiekach średnich uczeni mnisi.
— Czy mam zaszczyt z księdzem Busonim? — zapytał przybysz.
— Tak. A pan zapewne przybyłeś w imieniu pana de Boville, który przysłał tu pana w imieniu prefekta policji?
— Tak, proszę księdza.
— Jesteś pan jednym z wyższych agentów paryskiego bezpieczeństwa?