— Tak, proszę księdza — odparł przybysz z lekkim wahaniem i lekko się zarumienił.

Ksiądz poprawił wielkie okulary, które zasłaniały mu nie tylko oczy, ale i skronie, usiadł i zaprosił gestem nieznajomego do zajęcia miejsca.

— Słucham pana — rzekł ksiądz z wyraźnym włoskim akcentem.

— Zlecenie, które mi dano — odezwał się przybyły, wymawiając każde słowo z takim naciskiem, że zdawało się, jakby trudno mu było je wymówić — jest misją poufną, co oznacza, że obaj jesteśmy zobowiązani do zachowania ścisłej tajemnicy.

Ksiądz skłonił się.

— Tak — ciągnął nieznajomy — uczciwość księdza jest dobrze znana prefektowi policji. Dlatego też chciałby się dowiedzieć od pana z urzędu pewnej rzeczy interesującej bezpieczeństwo publiczne, w którego imieniu występuję. Spodziewamy się, że ksiądz nie będzie zważał na żadne względy przyjaźni, czy też znajomości i nie będzie ukrywał prawdy przed sprawiedliwością.

— Oczywiście, byleby tylko to, czego chcesz się pan dowiedzieć, w niczym nie narażało mojego sumienia. Jestem księdzem, proszę pana, i na przykład tajemnica spowiedzi musi pozostać pomiędzy mną i sprawiedliwością boską, nie zaś mną i sprawiedliwością ludzką.

— O, może ksiądz być spokojny, nie zamierzamy wkraczać w kwestie związane z sumieniem księdza.

Po tych słowach ksiądz przechylił abażur tak, że cały blask lampy padł na twarz gościa; sam pozostał nadal w cieniu.

— Niech ksiądz daruje — odezwał się wysłannik prefekta — ale światło bardzo mnie razi.