— Wczoraj wieczór u prefekta. Cały Paryż już o tym plotkował, rozumie pan — o tym niezwyczajnym zbytku. Policja zaczęła więc szukać informacji...
— No, to trzeba jeszcze było zatrzymać hrabiego jako włóczęgę, pod pretekstem, że jest zanadto bogaty.
— Niewątpliwie, tak by się stało, gdyby nie przychylne dla niego informacje.
— Biedny hrabia! Zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu groziło?
— Nie sądzę.
— Ze względów czysto ludzkich należałoby go o tym powiadomić. Jak tylko przyjdzie, zaraz mu powiem.
W tym momencie piękny czarnowłosy młodzieniec, o zadbanych wąsach i bystrym spojrzeniu, powitał z wielkim uszanowaniem panią de Villefort. Albert wziął go za rękę.
— Mam honor przedstawić pani pana Maksymiliana Morrel, kapitana spahisów, znakomitego, dzielnego oficera.
— Miałam przyjemność poznać już pana w Auteuil, u pana hrabiego de Monte Christo — surowo odpowiedziała pani de Villefort, odwracając się.
Odpowiedź ta, a szczególnie jej ton, ścisnęły serce biednego Morrela; wkrótce jednak nie ominęła go nagroda, bo zaledwie odwrócił się, ujrzał w drzwiach uroczą, jasną postać, która spojrzała nań ogromnymi, błękitnymi oczyma, pozornie obojętnymi, a tymczasem bukiet niezapominajek podnosił się wolno do ust.