Wtem nadbiegł Albert.

— Kochana matko — rzekł. — Co za nieszczęście!

— Co takiego, co się stało? — zapytała hrabina, jakby wyrwana ze snu. — Nieszczęście? O tak, na pewno spotka nas wiele nieszczęść.

— Pan de Villefort przyjechał, po żonę i córkę.

— Dlaczego?

— Pani markiza de Saint-Méran przyjechała do Paryża z wiadomością, że pan de Saint-Méran umarł na pierwszej stacji, jak tylko wyjechali z Marsylii. Pani de Villefort była tak wesoła, że nie chciała ani tego przyjąć do wiadomości, ani w to uwierzyć. Ale panna Valentine domyśliła się wszystkiego po pierwszych słowach ojca, zemdlała jak rażona gromem.

— Kimże jest pan de Saint-Méran dla panny de Villefort? — zapytał hrabia.

— Dziadkiem po kądzieli. Jechał właśnie, by przyspieszyć małżeństwo Franza ze swoją wnuczką.

— Ach tak!

— A Franz się spóźnił. Dlaczegóż pan de Saint-Méran nie był także dziadkiem panny Danglars?