71. Pani de Saint-Méran
Tymczasem dom państwa Villefort nawiedziła żałoba.
Obie panie, mimo długich i cierpliwych nalegań pani de Villefort, pojechały na bal same, bez prokuratora. Prokurator zamknął się jak zwykle w swoim gabinecie ze stosami papierów, których sam widok mógłby niejednego przestraszyć — a przecież te stosy zaledwie wystarczały, by zaspokoić jego niepohamowaną żądzę pracy.
Ale tym razem stosy akt stanowiły tylko pretekst — pan Villefort zamknął się, nie aby pracować, lecz aby móc rozmyślać. Zamknął drzwi, wydawszy rozkaz, by mu przeszkadzano tylko dla spraw wielkiej wagi, zasiadł w fotelu i zaczął jeszcze raz przywoływać w swojej pamięci wszystkie zdarzenia z ostatniego tygodnia, ożywiając smutek i gorycz wspomnień.
Zamiast więc zabrać się do stosu akt, otworzył szufladę biurka, nacisnął sprężynę skrytki i wyjął z niej plik swoich osobistych notatek — były to bardzo ważne dokumenty, sklasyfikowane i oznaczone nalepkami, na których Villefort wypisał szyfrem nazwiska ludzi, których uważał za swoich wrogów, czy to w sprawach politycznych i zawodowych, czy to w interesach, czy to w jego tajemniczych romansach.
Ich liczba była tak imponująca, że sam zadrżał o siebie; a przecież ci wrogowie, choć potężni i groźni, budzili w nim uśmiech — taki uśmiech, jak u podróżnego, co spogląda z najwyższego szczytu na szpiczaste turnie, niedostępne ścieżki i głębokie przepaście; wszystko to miał już za sobą; osiągnął cel podróży, wspinając się długo i mozolnie.
Kiedy przywołał wszystkie te nazwiska, kiedy przeczytał raz jeszcze i starannie przestudiował dokumenty, potrząsnął głową.
— To niemożliwe — rzekł sam do siebie — żaden z moich nieprzyjaciół nie byłby tak cierpliwy i wyrozumiały, aby czekać aż do dziś i zniszczyć mnie tym sekretem. Czasem, jak mówi Hamlet, najgłębiej ukryta sprawa wychodzi spod ziemi i zabłyśnie w powietrzu; ale zabłyśnie tak, jak błędny ognik, na chwilę, tylko po to, aby nas omamić. Być może Korsykańczyk opowiedział całą historię jakiemuś księdzu, który z kolei opowiedział ją hrabiemu de Monte Christo; ten zaś z ciekawości... — Ale skąd ta ciekawość? — podjął po chwili namysłu. — Jaki ma w tym interes pan de Monte Christo, pan Zaccone, syn armatora z Malty, posiadacz kopalni srebra w Tesalii, który po raz pierwszy przybywa do Francji — jaki ma w tym interes, aby wyświetlić ten straszny, tajemniczy wypadek, nieprzydatny nikomu? Z tych luźnych informacji, udzielonych mi przez księdza Busoni — przyjaciela, i lorda Wilmore — wroga hrabiego, wynika rzecz jasna, niepodważalna i oczywista: nigdy nie zetknąłem się w żadnych okolicznościach z tym panem.
Lecz Villefort nie wierzył własnym słowom. Odkrycie tej tajemnicy nie było dla niego najstraszniejsze, bo mógł wszystkiemu zaprzeczyć, a przynajmniej się wytłumaczyć; mało trwożyło go to Mane, Tekel, Fares, co nagle zarysowało się na murze krwawymi literami; trwogę budziło w nim to, że wiedział, do kogo należała ręka, która je nakreśliła.
Gdy tak próbował się uspokoić i stworzyć sobie w myśli wizję życia spokojnego, ograniczonego do radości domowych — zamiast zwyczajowych ambitnych marzeń politycznych (aby nie budzić z dawna uśpionego nieprzyjaciela), na dziedzińcu rozległ się turkot powozu. Po chwili usłyszał, jak ktoś z trudem — widać w podeszłym wieku — wchodził po schodach, a w tle doszły go głośne łkania i lament służby, która czyni tak zawsze, gdy chce okazać współczucie państwu.