Otwarł zasuwę u drzwi i natychmiast, niezapowiedziana, weszła do środka starsza pani z szalem na ramionach i kapeluszem w ręku. Siwe włosy, zaczesane do tyłu, odsłaniały pożółkłe czoło; w kącikach oczu, tak spuchniętych od łez, że prawie niewidocznych, rysowały się głębokie zmarszczki.

— Ach, drogi zięciu, co za nieszczęście! — zawołała. — Ja tego nie przeżyję! O, nie przeżyję!

Osunęła się na najbliższe krzesło obok drzwi i rozpłakała się głośno.

Słudzy stojący na progu, nie ośmielali się postąpić kroku, popatrywali na sługę pana Noirtier, który słysząc taką wrzawę, przybiegł tu także i stanął pośród innych.

Villefort zerwał się i podbiegł do teściowej.

— Wielki Boże! — zapytał. — Co się stało, czemu mama tak desperuje? Czemu nie ma z mamą pana de Saint-Méran?

— Mój mąż nie żyje — rzekła bez żadnych wstępów, martwo i drętwo.

Villefort cofnął się i uderzył w dłonie.

— Umarł! — wyjąkał. — Umarł, tak po prostu umarł?.... Nagle?...

— Tydzień temu wsiedliśmy po obiedzie do powozu. Pan de Saint-Méran już od kilku dni źle się czuł, ale myśl, że wkrótce ujrzy naszą drogą Valentine, dodawała mu sił, dlatego też pomimo bólu chciał koniecznie jechać do Paryża. Sześć mil za Marsylią zażył swoje pastylki, a potem zasnął tak głęboko, że było to aż nienaturalne. Wahałam się, czy go budzić, choć widziałam, że twarz mu poczerwieniała, a krew nadmiernie pulsuje w skroniach. Zapadła noc, i nic już nie mogłam dostrzec; pozwoliłam mu spać; ale nagle rozległ się głuchy jęk i głowa gwałtownie opadła mu w tył. Zawołałam natychmiast lokaja, kazałam zatrzymać konie, zaczęłam cucić męża, ale było za późno, nie żył. I tak z trupem u boku przyjechałam aż do Aix.