Villefort osłupiały stanął i szeroko otworzył usta.

— A wezwała pani doktora?

— Natychmiast; ale jak powiedziałam, było za późno.

— Zapewne, ale jednak może rozpoznał chorobę, na jaką markiz umarł?

— Powiedział mi, że była to apopleksja.

— I co mama potem zrobiła?

— Pan de Saint-Méran mówił mi zawsze, że gdyby umarł poza Paryżem, chciałby być pochowany w grobie rodzinnym. Kazałam więc włożyć go do ołowianej trumny, a sama wyprzedziłam karawan.

— O, mój Boże! Biedna mama! Taki cios, a potem jeszcze tyle trudów, i to w tym wieku!

— Bóg dał mi sił, bym wytrwała aż do końca; zresztą markiz z pewnością zrobiłby dla mnie to samo. Od momentu, gdy zostawiłam jego zwłoki, odchodzę od zmysłów. Nie mogę już płakać, mówią wprawdzie, że w moim wieku coraz mniej się płacze, ale sądzę, że miarą cierpienia jest ilość wylanych łez. Gdzie jest moja Valentine? Bo jechaliśmy przecież do niej. Chciałabym ją natychmiast zobaczyć.

Villefort pomyślał, że powiedzieć w tej chwili, iż Valentine jest na balu, byłoby czymś okrutnym. Rzekł więc tylko, że Valentine wyszła z macochą i że natychmiast po nie pośle.