— Tylko natychmiast! Natychmiast, błagam — rzekła stara dama.
Villefort wziął pod rękę panią de Saint-Méran i odprowadził do jej pokojów.
— Niech mama teraz odpocznie — rzekł.
Słysząc te słowa, markiza podniosła głowę i spojrzała na Villeforta, który przypominał jej opłakiwaną córkę, która przetrwała dla niej w Valentine; tak wzruszyło ją słowo „mama”, że zalała się łzami i padła na kolana przy krześle, wciskając głowę w poduszki.
Villefort oddał markizę pod opiekę służby; tymczasem stary Barrois wrócił poruszony do swojego pana; nic bowiem tak nie przeraża starców, jak to, gdy śmierć przestaje się na chwilę zajmować nimi wszystkimi, aby zakrzątnąć się wokół jednego z nich.
Gdy pani de Saint-Méran, klęcząc, modliła się żarliwie, Villefort pojechał do pani Morcerf po żonę i córkę.
Był tak blady, gdy stanął w drzwiach salonu, że Valentine przybiegła do niego, wołając:
— Ojcze! Czyżby stało się coś złego?
— Babcia przyjechała — rzekł pan de Villefort.
— A dziadek? — spytała, drżąc, dziewczyna.