— Na szczęście wszystkie nasze zatargi ustały — rzekł Villefort. — Pan d’Epinay podczas śmierci swego ojca był jeszcze dzieckiem, niemal nie zna mego ojca, więc zapewne powita go jeśli nie z radością, to przynajmniej nie z odrazą.

— To dobra partia?

— Pod wszystkimi względami.

— Trzeba więc — rzekła po kilku chwilach rozwagi pani de Saint-Méran — przyspieszyć ten związek, bo ja już niedługo umrę.

— Ależ, pani! Kochana babuniu! — zawołali jednocześnie pan de Villefort i Valentine.

— Wiem dobrze, co mówię — odpowiedziała markiza. — Trzeba się spieszyć, bo to biedne dziecię nie ma matki, niechże ją przynajmniej babka pobłogosławi. Tylko ja jej zostałam po biednej Renacie, o której tak szybko zapomniałeś.

— A pani — rzekł Villefort — zapomina, że to biedne dziecko po utracie matki potrzebowało opieki.

— Macocha nigdy nie zastąpi matki, mój panie; ale nie o to tu chodzi, zostawmy zmarłych w spokoju.

Słowa te wyrzekła tak obojętnym i martwym tonem, że można by sądzić, iż wkrótce straci przytomność.

— Jak sobie mama życzy — rzekł Villefort — tym bardziej że oboje zgadzamy się w tym względzie; skoro tylko pan d’Epinay przybędzie do Paryża...