— Kochana babuniu — rzekła Valentine. — Przecież mamy żałobę, nie możemy tak postąpić... chciałabyś, abym zawarła ten związek pod tak smutną wróżbą?
— Moje dziecię — odpowiedziała żywo babcia. — Nie wysuwaj tak banalnych przyczyn, które przeszkadzają tylko słabym w budowaniu znakomitej przyszłości. Ja także wychodziłam za mąż w momencie śmierci mojej matki, a wcale nie byłam nieszczęśliwa z tego powodu.
— Znowu te myśli o śmierci — wtrącił Villefort.
— Znowu!... Znowu!... Powtarzam wam, że niedługo umrę, słyszycie! Ale przed śmiercią chcę się spotkać z przyszłym mężem Valentine; chcę wymóc na nim przysięgę, że uczyni moją wnuczkę szczęśliwą; chcę w jego oczach wyczytać, czy spełni przysięgę; wreszcie chcę go po prostu poznać! — I dodała przerażającym tonem: — Bo ja wstanę z grobu i policzę się z nim, jeśli nie będzie taki, jakim być powinien.
— Pani — rzekł Villefort — proszę odsunąć od siebie te okropne myśli, bo graniczą z obłędem. Gdy już kogoś położą do grobu, będzie tam spał wiecznie — nigdy nie powstanie.
— O tak, tak, babciu, uspokój się — prosiła Valentine.
— A ja ci mówię, mój panie, że wcale nie jest tak, jak ci się zdaje. Tej nocy miałam koszmarne sny; zdawało mi się, jakby moja dusza unosiła się nad śpiącym ciałem; chciałam otworzyć oczy, ale mimo woli zamykały się; wszystko to, jestem pewna, wydaje się wam nieprawdopodobne — a jednak przez te zamknięte drzwi widziałam, jak z kąta, tam, gdzie są drzwi do gotowalni pani de Villefort, jak wynurzyła się stamtąd jakaś biała postać.
Valentine krzyknęła.
— Miała mama gorączkę — rzekł Villefort.
— Możesz nie wierzyć, jeśli tak ci się podoba, ale ja jestem pewna; widziałam białą postać, a Bóg, jakby w obawie, że podważę świadectwo jednego tylko z moich zmysłów, sprawił, że usłyszałam, jak poruszyła się szklanka na stoliku.