— Ach, droga babuniu, to był sen!
— To wcale nie był sen, bo w tym momencie wyciągnęłam rękę do dzwonka i cień natychmiast zniknął, a pokojówka weszła ze światłem. Duchy pokazują się tylko tym, którzy je mają zobaczyć; to był duch mojego męża. Jeżeli dusza mojego męża zeszła tu i wzywa mnie do siebie, dlaczego moja dusza nie miałaby tu powrócić, aby obronić swoją wnuczkę? Przecież między nami więź jest jeszcze bliższa.
— O, pani — rzekł Villefort, mimo woli wzruszony do głębi — Nie pozwól, aby zawładnęły tobą takie ponure myśli. Będzie mama mieszkać z nami, będzie mama jeszcze długo szczęśliwa, kochana, czczona i przy nas zapomnisz...
— O, nigdy, nigdy, nigdy! — rzekła markiza. — Kiedy powraca pan d’Epinay?
— Spodziewamy się go lada chwila.
— To dobrze. Jak tylko przyjedzie, dajcie mi znać, nie traćmy czasu. Chciałabym zobaczyć się jeszcze z notariuszem i upewnić, że Valentine otrzyma po nas cały majątek.
— O, babuniu — wyjąkała Valentine, całując gorącymi ustami rozpalone czoło babki. — Czy chcesz, abym umarła? O mój Boże! Masz gorączkę, trzeba wołać doktora, a nie notariusza.
— Po co doktora — rzekła, wzruszając ramionami. — Nic mi nie jest, pić mi się tylko chce i to wszystko.
— Czego się napijesz, babuniu?
— Jak zwykle, oranżady, szklanka stoi na stole, podaj mi, moja kochana.