Valentine nalała oranżady do szklanki, wzięła ją z niejakim lękiem — gdyż była to ta sama szklanka, którą miał poruszyć cień — i podała babce.

Markiza wypiła duszkiem wszystko.

Następnie odwróciła się na drugi bok, powtarzając:

— Notariusza, notariusza!

Pan de Villefort wyszedł, a Valentine usiadła przy łóżku babki.

Biedactwo chyba bardziej potrzebowało lekarza niż jej babka. Policzki płonęły jej od wypieków, oddech miała krótki i urywany, a puls gwałtowny i szybki jak w gorączce.

Biedne dziewczę rozmyślało, jaka rozpacz ogarnie Maksymiliana, kiedy dowie się, że pani de Saint-Méran zamiast pomóc mu, działa tak, jakby uważała go za wroga, nie znając go zresztą wcale.

Valentine zamierzała powiedzieć wszystko babce i z pewnością powiedziałaby bez wahania, gdyby Maksymilian Morrel nazywał się Albert de Morcerf albo Raul de Château-Renaud; Morrel pochodził z ludu, a Valentine wiedziała, jaką pogardę żywi markiza de Saint-Méran dla tych, którzy nie mogli się poszczycić szlacheckim pochodzeniem.

Spychała więc tajemnicę swojej miłości na dno serca, wiedziała bowiem, że gdyby chciała ją wyjawić, niczemu by to nie służyło, a gdyby ojciec i macocha dowiedzieli się o tym, wszystko byłoby stracone.

Tak upłynęły dwie godziny.