— Dokąd idziesz? — zawołała, wyciągając rękę przez kratę i chwytając Maksymiliana za suknię. Zrozumiała dobrze, że spokój jej ukochanego jest pozorny. — Dokąd idziesz?

Młodzieniec uśmiechnął się smutno.

— O powiedz, błagam! — zawołała Valentine.

— Czyżbyś, Valentine, zmieniła postanowienie?

— Biedaku, wiesz dobrze, że nie mogę!

— A więc żegnaj, Valentine!

Valentine wstrząsnęła kratą z siłą, o jaką nikt by jej nie posądził, przecisnęła ręce przez kratę i załamując je, zawołała:

— Co zamyślasz zrobić? Muszę to wiedzieć! Gdzie idziesz?

— O, uspokój się — rzekł Maksymilian, zatrzymując się kilka kroków od kraty. — Nie mam zamiaru zrzucić na nikogo odpowiedzialności za to cierpienie, które zesłał na mnie los. Może inny zagroziłby ci, że pójdzie do Franza d’Epinay i wyzwie go na pojedynek; ale według mnie byłoby to szaleństwo. Cóż w tej sprawie zawinił pan Franz? Dziś rano widział mnie pierwszy raz w życiu i może już zapomniał o mnie, nie wiedział nawet o tym, że istnieję, gdy się toczyły układy między waszymi rodzicami w sprawie waszego małżeństwa.

— Do kogóż więc masz urazę? Do mnie?