— Do ciebie, Valentine? Kobieta, którą kocham, jest dla mnie święta.

— A więc, sam sobie to chcesz wyrzucać!... Nieszczęsny!... — westchnęła.

— Przecież to ja jestem winny, nieprawdaż?

— Maksymilianie, Maksymilianie! — zawołała Valentine. — Podejdź tu jeszcze, proszę!

Maksymilian podszedł, znów z łagodnym uśmiechem i gdyby nie jego bladość, każdy by pomyślał, że jest zupełnie spokojny.

— Posłuchaj mnie, moja droga, ubóstwiana Valentine! — rzekł swoim dźwięcznym i poważnym głosem. — Ludzie tacy jak my, którzy nigdy nie dopuścili się myśli, za którą mogliby rumienić się przed światem, przed rodzicami i Bogiem — tacy ludzie mogą czytać w sercu wzajemnie myśli innych, jak w otwartej księdze. Nigdy nie była to dla mnie egzaltowana miłostka, nie jestem melancholijnym bohaterem romansu; bez zbędnych słów, bez żadnych zapewnień i przysiąg, złożyłem życie moje w twoje ręce. Opuszczasz mnie i rzeczywiście masz rację, powiedziałem ci to już i jeszcze raz powtarzam, kiedy nie będzie cię już przy mnie — życie straci dla mnie sens. Z chwilą, gdy się oddalasz, zostaję na świecie sam. Siostra jest szczęśliwa z mężem, jej mąż jest tylko moim szwagrem, to jest łączą mnie z nim tylko konwenanse społeczne. Nikomu nie jestem już potrzebny, moje życie staje się bezużyteczne. Oto, co zrobię: poczekam aż do ostatniej chwili, póki nie wyjdziesz za mąż, bo nie chcę stracić choćby cienia owej nieoczekiwanej szansy, którą czasem trzyma dla nas w zanadrzu przypadek — przecież pan d’Epinay może na przykład umrzeć, być może w chwili, gdy do niego podejdziesz, piorun roztrzaska ołtarz; skazanemu na śmierć wszystko wydaje się możliwe. Będę czekał, aż do ostatniej chwili, a kiedy, będzie po fakcie i nie będę już miał żadnej nadziei, napiszę poufny list do szwagra i drugi do prefekta policji, wyjaśniając mój zamiar, a potem gdzieś w jakimś lesie, nad rowem lub nad rzeką palnę sobie w łeb, jakem syn najuczciwszego człowieka, jakiego kiedykolwiek wydała Francja.

Konwulsyjne drżenie owładnęło Valentine; puściła kratę, ręce jej opadły bezwładnie, po licach potoczyły się dwie wielkie łzy.

Młodzieniec stał przed nią ponury i zdecydowany.

— O, litości, litości — wyszeptała — nie zrobisz tego, prawda?

— Zrobię, na mój honor. Zresztą cóż cię to może obchodzić? Ty wypełnisz swój obowiązek i będziesz miała czyste sumienie.