— Przysięgam ci, Maksymilianie, na to, co mam najświętszego: na pamięć mojej matki.
— A więc zaczekajmy.
— Tak, zaczekajmy — odrzekła Valentine, lżej przy tym słowie oddychając. — Ileż to okazji może nam się nadarzyć, które mogą nas, nieszczęśliwych, ocalić.
— Ufam ci, cokolwiek zrobisz, będzie słuszne; ale jeżeli nie wysłuchają twych próśb, jeśli twój ojciec albo markiza de Saint-Méran zażądają, aby pan d’Epinay przyjechał jutro, aby podpisać intercyzę...
— Wtedy masz już moje słowo.
— Nie podpiszesz...
— Tylko wymknę się do ciebie i uciekniemy. Ale nie kuśmy więcej Boga, nie spotykajmy się przez jakiś czas: to cud albo zrządzenie Opatrzności, że dotąd nikt nas nie przyuważył. Gdybyśmy zostali przyłapani, gdyby się ktoś dowiedział, że się tu widujemy, nasze nadzieje ległyby w gruzach.
— Masz rację, Valentine, ale jakim sposobem się dowiem?...
— Od notariusza, pana Deschamps.
— Tak, znam go.