— I ode mnie. Napiszę do ciebie, bądź pewien. O Boże, Maksymilianie, czuję do tego małżeństwa taki sam wstręt, jak ty!

— Dobrze, dobrze, dzięki ci, kochana moja Valentine! A więc powiedzieliśmy sobie już wszystko; skoro tylko wyznaczysz mi godzinę, przybiegnę tu, wespniesz się na mur i złapię cię w ramiona, powóz będzie czekał przy bramie ogrodu, wsiądziemy, odwiozę cię do siostry. Tam, jeśli będziesz tak chciała, możemy ukryć się przed światem albo ujawnimy się publicznie, pewni naszej siły i zamiarów; i nie pozwolimy, aby nas zarżnięto jak jagnięta, które zamiast bronić się, tylko beczą.

— Niech tak będzie — rzekła Valentine. — Teraz i ja ci powiem, Maksymilianie: wszystko, co zrobisz, będzie dobre.

Valentine zbliżyła usta do kraty i w wonnym jej tchnieniu słowa doleciały ust Morrela, który przycisnął wargi do zimnej, nieugiętej zapory.

— Do widzenia — rzekła, niwecząc nagle tę chwilę szczęścia.

— Więc napiszesz?

— Napiszę.

— Dziękuję ci, ukochana żono, do widzenia.

Delikatny odgłos niewinnego lekkiego pocałunku — i Valentine pobiegła z powrotem lipową aleją.

Morrel słyszał jeszcze, jak szeleściła jej suknia, zawadzając o pnie grabów i jak skrzypiały na piasku jej trzewiki. Potem podniósł oczy do nieba, uśmiechając się radośnie i dziękując Bogu, że Valentine ofiarowała mu taką miłość, i sam odszedł.