Cofnął się i ukrył na powrót w listowiu, stojąc nieruchomo pod tarczą ciemności.

Postanowił, co uczyni: jeśli to będzie Valentine, zatrzyma ją jednym słowem; jeśli Valentine nadejdzie z kimś jeszcze, to przynajmniej ją zobaczy i przekona się, że nic jej się nie przydarzyło; jeśli to będzie ktoś zupełnie obcy, podchwyci kilka słów z rozmowy i może zrozumie, o co chodzi w tej całej tajemnicy.

Księżyc właśnie wyjrzał zza chmury i Morrel ujrzał, jak w drzwiach na werandzie stoi Villefort i jakiś czarno odziany mężczyzna.

Zeszli ze schodów i ruszyli w stronę drzew. Gdy postąpili zaledwie kilka kroków, Morrel poznał w drugim mężczyźnie doktora d’Avrigny.

Gdy tak podchodzili bliżej, cofał się machinalnie, aż dotknął plecami pnia sykomoru, który rósł w środku zagajnika; musiał więc się zatrzymać.

Wkrótce skrzypienie piasku pod stopami ucichło.

— Ach, drogi doktorze — mówił prokurator królewski — niebo rzuciło jakąś klątwę na nasz dom. Co za okropna śmierć! Jak grom! Niech mnie pan nie pociesza, rana jest zbyt świeża i zbyt głęboka. Umarła! Umarła!

Zimny pot wystąpił Maksymilianowi na czoło. Któż mógł umrzeć w tym domu, który Villefort nazwał przeklętym?

— Drogi panie prokuratorze — odpowiedział lekarz tonem, który zwiększył trwogę młodzieńca. — Nie po to tu pana przyprowadziłem, aby pocieszać, wręcz przeciwnie.

— Co to ma znaczyć? — zapytał przerażony prokurator.