— To znaczy, że za tym nieszczęściem, które cię dotknęło dzisiaj, kryje się inne, być może dużo poważniejsze.
— Wielki Boże! — szepnął Villefort, składając ręce. — Co mi pan jeszcze powie?
— Drogi przyjacielu, czy jesteśmy tu na pewno sami?
— O tak. Ale po co te środki ostrożności?
— Bo muszę panu wyznać straszną tajemnicę — rzekł lekarz. — Usiądźmy.
Villefort osunął się na ławkę. Lekarz stanął przed nim i położył mu rękę na ramieniu.
Morrel, zlodowaciały z trwogi, jedną rękę trzymał na czole, drugą przyciskał do serca, chcąc stłumić jego bicie.
„Umarła! Umarła!” — powtarzał w myśli.
I czuł się tak, jakby sam umierał.
— Niech pan mówi, doktorze, słucham — odezwał się Villefort. — Uderzaj, jestem gotowy na wszystko.