— Bóg na pewno czuwa nade mną choć w sposób straszliwy! — rzekł. — Lecz czy Valentine zdoła znieść tyle nieszczęść?

To mówiąc, spoglądał to na okno z czerwonymi zasłonami, to na trzy inne, zasłonięte firankami białymi. W tym pierwszym światło prawie już zgasło. To pani de Villefort zgasiła lampę i szyby podświetlał jedynie blask lampki nocnej. Ale zobaczył, że ktoś otwiera jedno z trzech białych okien. Na kominku stała zapalona świeca, jej blade światło przesączyło się na zewnątrz. Jakiś cień oparł się na chwilę o balustradę balkonu.

Morrel zadrżał. Wydało mu się, że słyszy szloch. Trudno się dziwić, że ten człowiek o duszy odważnej i silnej nagle, pod wpływem miłości i lęku — tych dwóch największych namiętności ludzkich — uległ przywidzeniom.

Choć niepodobna, by dziewczyna mogła go dostrzec w tym ukryciu, wydało mu się, że cień na balkonie go przyzywa. Mówił mu to jego zmącony umysł, serce zaś powtarzało za umysłem. Tak podwójnie w błąd wprowadzany, uwierzył, że jest to prawda i w jednym z owych niepojętych porywów młodości wyskoczył z kryjówki i dwoma susami, ryzykując, że zostanie zauważony, że przerazi dziewczynę, że jej mimowolny krzyk postawi cały dom na nogi, pokonał całą przestrzeń, jasną i spokojną niczym tafla jeziora w blasku księżyca, dopadł do rzędu donic z drzewkami pomarańczowymi, dalej do schodów, wbiegł na nie szybko i pchnął drzwi, które bez oporu przed nim ustąpiły.

Morrel oszalał. Na szczęście nie spotkał nikogo. Znajomość wewnętrznego układu domu, którą zyskał dzięki rozmowom z Valentine, bardzo mu się teraz przydała. Bez problemu dotarł do szczytu schodów i tu szloch, który tak dobrze w jego głowie utkwił, wskazał mu dalszą drogę. Odwrócił się. Przez lekko uchylone drzwi padał w jego kierunku wąski snop światła. Słychać też było czyjś szloch.

Pchnął drzwi i wszedł.

W głębi alkowy, pod białą tkaniną przykrywającą głowę i obrysowującą kontur ciała, leżała zmarła. Dla Morrela widok ten był jeszcze bardziej przerażający, od kiedy w tak przypadkowy sposób poznał tajemnicę jej śmierci.

Przy łóżku klęczała Valentine. Wtuliwszy głowę w poduszki obszernej berżery, drżąca i wstrząsana szlochem, splotła nad głową zesztywniałe dłonie.

Oddaliwszy się od okna, w którym dostrzegł ją Morrel, modliła się teraz głośno, a modlitwa jej mogłaby wzruszyć nawet najtwardsze serce. Słowa padały szybko, niespójne i niezrozumiale, ból bowiem ścisnął jej gardło.

Wpadający przez szpary w okiennicach blask księżyca osłabiał światło świecy i nasycał ponurymi barwami ten obraz rozpaczy.