Morrel nie był w stanie znieść tego widoku. Nie odznaczał się szczególną pobożnością niełatwo było wywrzeć na nim wrażenie, lecz cierpienie dziewczyny, jej płacz, jej załamane ręce nie mogły pozostawić go obojętnym.

Westchnął, wyszeptał jej imię, a ona podniosła zalaną łzami twarzyczkę — i zwróciła ją ku niemu.

Widząc go, nie okazała bynajmniej zdziwienia. Serce przepełnione najwyższą rozpaczą nie zna uczuć pośrednich.

Morrel wyciągnął rękę do ukochanej.

Valentine za całe usprawiedliwienie — że nie przyszła do ogrodu — wskazała babkę leżącą pod śmiertelnym całunem i ponownie się rozpłakała.

Żadne nie śmiało przemówić w tym pokoju. Oboje lękali się przerwać milczenie, które zdawała się nakazywać Śmierć, stojąca w rogu z palcem na ustach.

Na koniec Valentine pierwsza odważyła się przemówić.

— Kochany — rzekła — jak się tu znalazłeś?

— Valentine — rzekł Morrel drżącym głosem, składając ręce — czekałem tam od wpół do dziewiątej; nie przyszłaś, zaczął mnie dręczyć niepokój, przeskoczyłem mur, dostałem się do ogrodu i podsłuchałem, jak ktoś rozmawiał o tym okropnym wypadku...

— Kto to był? — spytała Valentine.