Morrel zadrżał, bo przypomniał sobie całą rozmowę między lekarzem i panem de Villefort i wydało mu się, że przez biały całun widzi pokurczone członki, zesztywniałą szyję i zsiniałe usta.
— Służący — odparł. — Ich rozmowa poinformowała mnie o wszystkim.
— Ale przyjść aż tutaj, to znaczy nas zgubić, ukochany — rzekła Valentine, nie okazując ani lęku, ani gniewu.
— Przebacz mi — odparł Morrel podobnym tonem. — Zaraz sobie pójdę.
— O nie! Mógłby się ktoś na ciebie natknąć, zostań.
— A jeśli ktoś tu przyjdzie?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Nikt nie przyjdzie — rzekła. — Nie martw się, ona nas chroni.
I wskazała ciało spowite w całun.
— Ale co z panem d’Epinay? Powiedz, błagam!