— Pan Franz przyjechał, aby podpisać intercyzę właśnie w chwili, gdy babunia wydała ostatnie tchnienie.

— Niestety! — rzekł Morrel z uczuciem egoistycznej radości, myślał bowiem, że ta śmierć na długo opóźni małżeństwo Valentine.

— Ale boli mnie jeszcze bardziej — ciągnęła dziewczyna, jak gdyby Morrel miał być natychmiast ukarany za tę myśl — że biedna, kochana babcia, umierając, nakazała, aby mój ślub odbył się jak najszybciej. Mój Boże, ona też działała przeciwko mnie, myśląc, że mi pomaga.

— Posłuchaj! — rzekł Morrel.

Umilkli.

Słychać było, jak otwierają się drzwi; parkiet na korytarzu, a potem schody zatrzeszczały pod czyimiś krokami.

— To ojciec, wychodzi z gabinetu — rzekła Valentine.

— I odprowadza lekarza. — dodał Morrel.

— Skąd wiesz, że lekarza? — zapytała zdziwiona.

— Tak tylko się domyślam.