Valentine spojrzała na ukochanego.

Usłyszeli, jak zamykają się drzwi od ulicy.

Pan de Villefort zamknął jeszcze na klucz drzwi prowadzące do ogrodu i wrócił na górę. Zatrzymał się na chwilę na korytarzu, jakby się wahał, czy ma pójść do siebie, czy do pokoju pani de Saint-Méran.

Morrel rzucił się za kotarę. Valentine nawet nie drgnęła; rzekłbyś, że to ogromne cierpienie postawiło ją ponad zwykłe obawy.

Pan de Villefort wszedł do swego pokoju.

— A teraz — odezwała się Valentine — nie możesz wyjść ani przez drzwi ogrodowe, ani przez drzwi od ulicy.

Morrel popatrzył na nią ze zdziwieniem.

— Teraz — dodała — mamy tylko jedną dozwoloną i pewną drogę — przez apartament dziadka.

Podniosła się.

— Chodź — rzekła — do dziadka.