— A więc, kochany dziaduniu — rzekła Valentine, klękając przed starcem i wskazując Maksymiliana — kocham go i będę należeć tylko do niego! Jeśli mnie zmuszą do wyjścia za innego, umrę ze smutku albo się zabiję.
Oczy sparaliżowanego świadczyły, że kłębią się w nim myśli.
— Dziaduniu, ty już lubisz pana Maksymiliana, prawda?
— Tak.
— I będziesz nas bronił, nas, twoje dzieci, przeciw woli ojca?
Noirtier utkwił swój inteligentny wzrok w Morrelu, jakby chciał wyrazić:
— To zależy.
Maksymilian zrozumiał.
— Pani — rzekł — musisz wypełnić najświętszy obowiązek przy zwłokach babki, proszę mi więc pozwolić, aby pan Noirtier uczynił mi zaszczyt i porozmawiał ze mną przez chwilę sam na sam.
— Tak, tak, właśnie tak — wyraził wzrok starca.