— Rozumiem. Mam czekać.
— Tak.
— Ale jakakolwiek zwłoka zgubi nas, proszę pana — zaoponował młodzieniec. — Valentine, zupełnie sama, nie będzie już miała sił, zmuszą ją, jak zmusza się dziecko. Udało mi się wejść do tego domu cudem, aby się dowiedzieć, co się tu stało, cudem dostałem się do pana, ale rozsądek nie pozwala mi liczyć na to, że takie okazje będą się powtarzały. Proszę mi wierzyć, że możliwy jest tylko jeden z tych dwóch planów, proszę mi wybaczyć to młodzieńcze zarozumialstwo; proszę, niech pan powie przynajmniej, który z tych projektów pan wolisz. Pozwoli pan pannie Valentine, aby zaufała mi i uciekła ze mną?
— Nie.
— Woli pan, abym poszedł do pana d’Epinay?
— Nie.
— Ale dobry Boże, to skąd przyjdzie pomoc, na jaką liczymy, że nam ześle niebo?
Starzec uśmiechnął się oczyma — jak zwykle, gdy ktoś wspomniał przy nim o niebie. W poglądach starego jakobina nadal pozostawało trochę ateizmu.
— Mamy liczyć na przypadek? — ciągnął Morrel.
— Nie.