Pani de Villefort usiadła w cieniu aksamitnej zasłony, a że bez przerwy pochylała się nad synkiem, trudno było wyczytać, co się działo w jej sercu.
Pan de Villefort był jak zwykle niewzruszony.
Notariusz przygotowawszy sobie uprzednio, tak jak to czynią prawnicy, wszystkie papiery, zajął miejsce w fotelu, przesunął na czoło okulary i zwrócił się do Franza.
— Czy pan Franz de Quesnel, baron d’Epinay? — zapytał, chociaż dobrze wiedział, do kogo mówi.
— Tak, proszę pana — odpowiedział Franz.
Notariusz skłonił się.
— Muszę zatem pana uprzedzić ze strony pana de Villefort, że projekt mariażu z panem zmienił rozporządzenia, jakie pan Noirtier powziął wobec wnuczki — to znaczy całkowicie ją wydziedziczył. Trzeba jednak dodać — ciągnął notariusz — że testator nie miał prawa jej wydziedziczyć, a ponieważ tak zrobił, testament może być łatwo unieważniony.
— Tak — rzekł Villefort — ale muszę też uprzedzić pana d’Epinay, że póki żyję, nie pozwolę na obalenie testamentu. Moje stanowisko nie pozwala nawet na cień skandalu.
— Przykro mi — odezwał się Franz — poruszamy podobną kwestię przy pannie Valentine. Nigdy nie dowiadywałem się o jej majątek, który nawet jeśli jest uszczuplony, zawsze będzie większy od mojego. Rodzina moja starała się o alians z państwem de Villefort ze względu na znaczenie, a ja starałem się, myśląc o szczęściu.
Valentine podziękowała Franzowi niemal niedostrzegalnym gestem, i ciche łzy spłynęły po jej policzkach.