— Zresztą, drogi panie — rzekł pan de Villefort, zwracając się do przyszłego zięcia ten nieoczekiwany testament, zawodząc tylko nadzieje natury finansowej, nie ma w sobie nic takiego, co mogłoby urazić pana osobiście. Świadczy on tylko o zdziecinnieniu pana Noirtier. Mojemu ojcu wcale nie chodzi o to, że Valentine ma pana poślubić, nie podoba mu się po prostu, że w ogóle kogoś poślubia. Na starość wszyscy są egoistami: panna de Villefort wiernie dotrzymywała towarzystwa panu Noirtier, czego nie może robić pani baronowa d’Epinay. Nieszczęsny stan ojca sprawia, że rzadko mówimy mu o ważnych sprawach, bo jego słaby umysł i tak by ich nie pojął. Przekonany jestem, że chociaż mój ojciec pamięta, że wnuczka jego wychodzi za mąż, to na pewno zapomniał, jak się nazywa jego przyszły wnuk.
Zaledwie pan de Villefort przestał mówić (Franz ukłonił się w odpowiedzi na te słowa), gdy otwarły się drzwi i na progu pojawił się Barrois.
— Wielmożni panowie — rzekł tonem dziwnie stanowczym jak na sługę, który przerywa swym panom w tak uroczystej chwili — pan Noirtier de Villefort pragnie mówić natychmiast z panem Franzem de Quesnel, baronem d’Epinay.
Stary sługa wymienił w całości, podobnie jak notariusz, nazwisko i tytuł narzeczonego, aby nie zaszła pomyłka co do osoby.
Villefort zadrżał, pani de Villefort puściła Edwardka, który zsunął się jej z kolan, a Valentine podniosła się blada i niema jak posąg.
Albert i Château-Renaud wymienili jeszcze bardziej zdziwione spojrzenia.
Notariusz spojrzał na pana de Villefort.
— To niemożliwe — rzekł prokurator — poza tym pan d’Epinay nie może w tej chwili wyjść z salonu.
— Ale właśnie w tej chwili — odezwał się Barrois z taką samą stanowczością w głosie — pan Noirtier pragnie pomówić z panem Franzem d’Epinay o ważnych sprawach.
— O, to kochany dziadunio już mówi? — zapytał Edwardek ze zwykłą sobie bezczelnością.