Dwaj świadkowie szli za nimi. Noc była ciemna, brzeg rzeki pokrywał śnieg i lód, woda Sekwany płynęła ciemna, głęboka, unosząc na powierzchni kry lodu. Jeden ze świadków poszedł po latarnię na barkę z węglem; przy tym świetle obejrzano broń. Szpada prezesa, którą nosił w lasce, krótsza była o pięć cali od szpady przeciwnika i nie miała gardy. Generał d’Epinay przedłożył propozycję, aby o broń losowali, ale prezes odpowiedział, że skoro to on wyzwał, każdy powinien stanąć do walki z własną bronią.

Świadkowie oponowali, ale prezes nakazał im milczenie.

Postawiono latarnię na ziemi; przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie i walka się zaczęła.

Szpady migotały w świetle latarni jak dwie błyskawice, walczących zaś ledwie można było dojrzeć, tak gęste zalegały ciemności. Generał d’Epinay uchodził w armii za jednego z lepszych szermierzy. Został jednak tak gwałtownie zaatakowany, że musiał uskoczyć — a wówczas zachwiał się i upadł. Świadkowie myśleli, że nie żyje, przeciwnik jednak, wiedząc, iż go nawet nie dotknął, podał mu rękę i pomógł się podnieść. Okoliczność ta, zamiast ułagodzić, rozzłościła jeszcze bardziej generała, tak że natychmiast natarł na przeciwnika. Przeciwnik nie ustąpił ani kroku. Parował uderzenia i generał po trzykroć ponawiał atak i po trzykroć musiał się cofnąć.

Za trzecim razem upadł znowu.

Pomyślano, że się znów pośliznął, że zaś leżał ciągle bez ruchu, świadkowie chcieli mu pomóc wstać; ale jeden z nich, obejmując go wpół, uczuł pod ręką ciepłą wilgoć.

Była to krew.

Generał, który na chwilę stracił przytomność, odzyskał zmysły.

— Aha! — odezwał się. — Poszczuli na mnie jakiegoś zawadiakę, jakiegoś fechmistrza pułkowego.

Prezes nie odpowiedział nic, tylko zbliżył się do świadka, który trzymał latarnię i odwijając rękaw, pokazał rękę dwa razy pchniętą szpadą, potem rozpiął surdut i kamizelkę i pokazał zranioną pierś.