Monte Christo rzucił szybkie i ciekawe spojrzenie w głąb tego gyneceum; pierwszy raz widział pannę d’Armilly, chociaż tak często mówiono o niej w tym domu.
— Czyżbyśmy zostali wykluczeni z towarzystwa muzycznego? — zapytał baron córkę.
Poprowadził młodzieńca do saloniku i czy to przypadkiem, czy umyślnie, zamknął drzwi za Andreą w taki sposób, że ani Monte Christo, ani baronowa ze swoich miejsc nie mogli już nic więcej dojrzeć; ale skoro sam pan Danglars go tam wprowadził, pani Danglars nie zwróciła na to uwagi.
Wkrótce też hrabia usłyszał głos Andrei śpiewającego przy akordach fortepianu jakąś korsykańską piosenkę.
Gdy hrabia przysłuchiwał się z uśmiechem piosence — zapomniał o Andrei, a przyszedł mu na myśl Benedetto — pani Danglars zaś wychwalała przed nim opanowanie męża, który tego ranka z powodu bankructwa w Mediolanie stracił jakieś trzysta do czterystu tysięcy franków.
Rzeczywiście, pochwała była zasłużona, hrabia bowiem, gdyby nie dowiedział się o tym od samej baronowej, czy też w jakiś inny, tylko sobie znany sposób, nie wyczytałby niczego z twarzy barona.
„To dobrze — pomyślał hrabia w duchu. — Zaczyna ukrywać swoje straty, a jeszcze przed miesiącem chełpił się nimi”.
Po czym rzekł głośno:
— Droga pani, pan Danglars tak dobrze zna giełdę, że zawsze zdoła odzyskać, to co stracił.
— Widzę, że podziela pan powszechne, choć błędne przekonanie — rzekła pani Danglars.