— Jakież to przekonanie? — zapytał Monte Christo.

— Że pan Danglars gra na giełdzie, podczas gdy on wcale nie gra.

— A tak! Rzeczywiście przypominam sobie, że pan Debray mówił mi... a właśnie, co się z nim dzieje? Nie widziałem go od trzech czy czterech dni.

— I ja go nie widziałam — rzekła pani Danglars z osobliwym spokojem. — Ale zaczął pan jakieś zdanie i nie dokończył.

— Jakie zdanie?

— Że pan Debray mówił panu...

— A tak... pan Debray mówił mi, że to pani oddaje się demonowi gry.

— Tak, przyznaję, że przez jakiś czas sprawiało mi to przyjemność — rzekła pani Danglars — ale już mnie to nie bawi.

— I niesłusznie, proszę pani. Mój Boże, fortuna kołem się toczy; ja, gdybym był kobietą, a przypadkiem jeszcze żoną bankiera, oczywiście nie przestawałbym ufać szczęściu mego męża, bo jak sama pani wie, w spekulacjach wszystko zależy od szczęścia. Ale, jak powiadam, chociaż ufałbym zupełnie szczęściu mego męża, jednak chciałbym sobie zapewnić niezależny majątek, nawet gdyby przyszło mi zaryzykować wszystko, powierzając swoje interesy nieznanej mi osobie.

Pani Danglars mimo woli zarumieniła się.