— Proszę tylko pomyśleć — rzekł Monte Christo, udając, że niczego nie spostrzegł. — Wczoraj podobno ktoś zrobił całkiem niezły interes na akcjach neapolitańskich.
— Nie mam ich — odpowiedziała żywo baronowa — i nigdy ich nie miałam. Ale doprawdy, przestańmy już mówić o giełdzie, panie hrabio, wyglądamy bowiem jak dwaj maklerzy giełdowi; pomówmy raczej o tych biednych Villefortach, tak ciężko doświadczanych przez los.
— Cóż im się stało? — zapytał Monte Christo z dobrze udaną naiwnością.
— Musiał pan o tym słyszeć. Kilka dni po śmierci pana de Saint-Méran przyjechała margrabina, po czym i ona zmarła.
— A tak — rzekł Monte Christo. — Słyszałem o tym, ale jak powiada Klaudiusz w Hamlecie, takie jest prawo natury: rodzice umierają przed dziećmi i dzieci po nich płaczą, po czym same umrą przed własnymi dziećmi i również będą opłakiwane przez swoich potomków.
— Ale to jeszcze nie wszystko.
— Jak to nie wszystko?
— Otóż, z pewnością wie pan, że mieli wydać córkę za mąż...
— Za pana d’Epinay... czy małżeństwo nie doszło do skutku?
— Podobno wczoraj rano d’Epinay zwrócił dane im słowo.