— A to czemu? — zaoponował baron. — Jeżeli jest księciem, to nie ma racji, że się tym nie chlubi. Należy cenić swą godność. Ja sam nie lubię bardzo, gdy ktoś się wypiera własnego pochodzenia.
— Ale pan jest prawdziwym demokratą — rzekł z uśmiechem Monte Christo.
— Zauważ jednak, na co się narażasz — rzekła baronowa — gdyby pan de Morcerf przyszedł tu przypadkiem, zastałby pana Cavalcantiego w pokoju, do którego, on — narzeczony Eugenii, nigdy nie otrzymał prawa wstępu.
— Dobrze się wyraziłaś moja droga, że przypadkiem — odpowiedział bankier — bo też rzeczywiście chyba przypadek musiałby sprawić, by tak rzadki gość się tu zjawił.
— A jednak, gdyby przyszedł i zastał tego młodzieńca u naszej córki, byłby raczej niezadowolony.
— On! Dobry Boże! Bardzo się mylisz, moja droga, pan Albert nie zaszczyci nas raczej uczuciem zazdrości o swoją narzeczoną, aż tak bardzo jej nie kocha. Zresztą, co mnie obchodzi, czy będzie zadowolony czy nie.
— A jednak sprawy zaszły już tak daleko...
— O tak, sprawy zaszły już bardzo daleko, tak daleko, że na balu u swojej matki pan de Morcerf raz tylko zatańczył z moją córką, a pan Cavalcanti tańczył z nią trzy razy i wicehrabia wcale tego nie zauważył.
— Pan wicehrabia Albert de Morcerf! — zaanonsował lokaj.
Baronowa pospiesznie wstała. Chciała pójść do saloniku, by powiadomić córkę, ale pan Danglars przytrzymał ją za ramię.