— Ja także — rzekł następnie młodzieniec — jestem muzykalny, tak przynajmniej twierdzili moi nauczyciele; dziwna rzecz jednak, bo jak dotąd głos mój nie zgodził się z żadnym głosem, a zwłaszcza z sopranem.
Danglars uśmiechnął się z lekka, co miało znaczyć: „A złość się, złość!”.
— Toteż książę z moją córką wzbudzili wczoraj powszechny zachwyt — rzekł, licząc zapewne, że w ten sposób osiągnie swój cel. — Nie było pana wczoraj, panie de Morcerf?
— Jaki książę? — zapytał Albert.
— Książę Cavalcanti — odpowiedział Danglars, tytułując uparcie młodzieńca w ten właśnie sposób.
— A, przepraszam — rzekł Albert. — Nie wiedziałem, że jest księciem. Aha, to książę Cavalcanti śpiewał wczoraj z panną Eugenią? Rzeczywiście musiało to być zachwycające, i mocno żałuję, że nie słyszałem. Nie mogłem jednak skorzystać wczoraj z państwa zaproszenia, musiałem bowiem towarzyszyć matce mojej w odwiedzinach u pani baronowej de Château-Renaud, gdzie występ mieli śpiewacy niemieccy.
Po chwili milczenia Albert jak gdyby nigdy nic zapytał:
— Czy mógłbym złożyć moje uszanowanie pannie Eugenii?
— Za chwilkę, za chwilkę, błagam — rzekł bankier, zatrzymując młodzieńca. — Niech pan posłucha jeszcze tej cavatiny, ta, ta, ta, ti, ta ti, ta, ta.... zachwycające, skończą za sekundę: wspaniale! Bravo! Bravi! Brava!
I bankier począł zapalczywie klaskać.