— Istotnie — rzekł Albert. — Było to prześliczne, chyba nie można lepiej znać muzyki swego kraju, niż zna ją książę Cavalcanti. Nazwał go pan księciem, jeśli się nie mylę? Zresztą, choćby nawet nie był księciem, z pewnością nim zostanie, we Włoszech to nic trudnego. Ale, wracając do naszego urzekającego duetu, może by pan zrobił nam przyjemność, baronie i nie mówiąc nic córce ani panu Cavalcanti, że słucha ich ktoś obcy, poprosiłby pan, aby zaśpiewali inny jeszcze kawałek. Tak dobrze jest rozkoszować się muzyką z pewnego oddalenia, w półmroku, nie widząc i nie będąc widzianym, nie krępując w ten sposób artysty, który może oddać się wtedy bez reszty porywom serca i geniuszu.
Tym razem zimna krew młodzieńca zbiła Danglarsa z tropu.
Wziął Monte Christa na stronę.
— No i co pan powie o naszym zakochanym?
— Do licha! Wydaje mi się zimny jak lód, nie da się zaprzeczyć; ale co począć? Pan się już zobowiązał.
— Niewątpliwie, zobowiązałem się, ale że oddam moją córkę człowiekowi, który ją kocha, a nie takiemu, który jej nie kocha wcale. No, niech pan na niego popatrzy, zimny jak marmur, dumny jak jego ojciec; gdyby chociaż był bogaty, gdyby miał taki majątek jak Cavalcanti, machnąłbym ręką. Ech, nie naradziłem się jeszcze z córką, ale jeśli ma dobry gust...
— No, nie wiem — odparł Monte Christo. — Być może zaślepia mnie przyjaźń, ale mogę pana zapewnić, że pan de Morcerf jest ujmującym młodzieńcem, który niewątpliwie uszczęśliwi pana córkę i prędzej czy później dojdzie do czegoś; w końcu jego ojciec ma znakomitą pozycję.
— Hmm! — chrząknął Danglars.
— Skąd ta wątpliwość?
— Chodzi o jego przeszłość... ciemną przeszłość.