— I tu właśnie natykamy się na misteria Izydy, do których ja nie jestem dopuszczony. Kiedy pan Cavalcanti wejdzie już do rodziny, zapyta pan go o to.
Kareta stanęła.
— Jesteśmy na miejscu — rzekł Monte Christo. — Jest dopiero wpół do jedenastej, może pan wejdzie.
— Bardzo chętnie.
Weszli do domu i zasiedli w oświetlonym salonie.
— Zrób nam herbaty, Baptysto — rzekł hrabia.
Baptysta wyszedł bez słowa. Po dwóch sekundach wrócił z zastawioną tacą — zupełnie, jakby ktoś wypowiedział magiczne zaklęcie „Stoliczku nakryj się”.
— W istocie, mój drogi hrabio — rzekł Albert — to, co najbardziej w panu podziwiam, to nie pański majątek, bo być może są bogatsi od pana, nie jest to też pański dowcip, bo Beaumarchais nie miał go więcej, ale z pewnością nie mniej od pana; imponuje mi za to sposób, w jaki jest pan obsługiwany; bez słowa, a wszystko jest podane w minutę lub sekundę, jakby pańska służba odgadywała po uderzeniu dzwonka, czego pan sobie życzy lub też jakby wszystko było gotowe i tylko na pana czekało.
— Jest w tym coś z prawdy. Znają wszystkie moje zwyczaje; i tak na przykład, może ma pan ochotę na coś jeszcze, pijąc herbatę?
— A, rzeczywiście, chętnie bym zapalił.