— Cicho, moje dziecię! — rzekła.

Nieraz, kapryśna jak każde dziecko, pomimo gróźb i pocieszeń nie przestawałam płakać; teraz jednak w głosie mojej matki było tyle strachu, że natychmiast ucichłam.

Szybko wyniosła mnie stamtąd. Schodziłyśmy po szerokich schodach; przed nami szły służące matki, niosąc kufry, sakwy, woreczki ze złotem, szaty i kosztowności. Za służącymi szło dwudziestu strażników uzbrojonych w długie strzelby i pistolety, a ubranych w stroje, jakie znacie i we Francji, od kiedy Grecja odzyskała niepodległość.

— Proszę mi wierzyć, było coś złowieszczego — dodała Hayde, potrząsając głową i blednąc na samo wspomnienie — w tym długim szeregu niewolnic i służących, zaspanych jeszcze, jak mi się zdawało, bo sama nie byłam dobrze rozbudzona.

Na schodach kołysały się olbrzymie cienie sosnowych pochodni, wprawiając w ruch wysokie sklepienia.

— Prędzej — zawołał głos z głębi galerii.

Na dźwięk tego głosu wszyscy pochylili się, jak kłosy pochylają się do ziemi, ulegając sile wiatru.

I ja zadrżałam. Był to głos mojego ojca

Ojciec szedł ostatni. Odziany we wspaniałe szaty, z karabinem w ręku, darowanym mu przez waszego cesarza, wsparty na ramieniu swojego faworyta — Selima. Poganiał nas przed sobą jak pasterz zatrwożoną trzodę.

— Mój ojciec — tu Hayde podniosła głowę — znany był w całej Europie jako Ali Tebelin, pasza Janiny, przed którym drżała cała Turcja.