Nie pamiętam, ile dni spędziliśmy w takim stanie; wtedy nie wiedziałam jeszcze, co to czas. Zdarzało się, ale bardzo rzadko, że ojciec wzywał do siebie matkę i mnie na taras przed pałacem; były to dla mnie chwile prawdziwej radości, w podziemiach bowiem widziałam tylko zawodzące cienie niewolnic i zapaloną lancę Selima. Ojciec mój, siedząc przed wielkim oknem, wytężał wzrok, wpatrując się posępnie w bezkres horyzontu, badał uważnie każdy czarny punkt, który pojawiał się na powierzchni jeziora. Matka moja, na pół leżąc przy boku ojca, opierała głowę na jego ramieniu. Ja bawiłam się u ich stóp; jak każde dziecko, pełna podziwu i oszołomiona olbrzymimi rozmiarami otaczającego mnie świata, wodziłam wzrokiem po szczytach gór Pindu rysujących się na horyzoncie, po białych i kanciastych zamkach Janiny wyłaniających się z błękitnych wód jeziora, po rozległych kępach ciemnej zieleni przyklejonej jak porosty do górskich skał. Z dala wyglądały one jak muchy, a z bliska okazywały się gigantycznymi jodłami i potężnymi mirtami.
Pewnego ranka ojciec po nas posłał; był dość spokojny, tylko bledszy niż zwykle.
— Bądź cierpliwa, moja Vasiliki — rzekł. — Dzisiaj wszystko się zakończy; ma przybyć firman od sułtana i mój los się rozstrzygnie. Jeśli otrzymam całkowitą łaskę, wracamy natychmiast triumfalnie do Janiny, jeśli zaś wieści są niepomyślne, jeszcze tej nocy uciekniemy.
— A jeżeli nie pozwolą nam uciec? — spytała moja matka.
— O to bądź spokojna — odpowiedział z uśmiechem Ali. — Selim z zapaloną lancą to moja rękojmia. Tamci chcieliby, żebym umarł, ale nie chcą umierać razem ze mną.
Moja matka westchnęła tylko, nic nie odpowiadając na te słowa pocieszenia, w które ojciec sam zapewne nie wierzył.
Przyrządziła mu wodę z lodem, którą pił co chwila, bo od naszej ucieczki paliła go silna gorączka. Skropiła wonnościami jego siwą brodę i zapaliła mu fajkę, którą całymi godzinami palił i roztargnionym wzrokiem wpatrywał się w rozpływający się w powietrzu dym.
Nagle wykonał tak gwałtowny ruch, że aż przejął mnie strach. Nie odwracając wzroku od jakiegoś punktu, który przyciągnął jego uwagę, zażądał lunety. Matka, bledsza jeszcze od gipsowej podłogi, na której leżała, podała mu lunetę. Spostrzegłam, że ręka mojego ojca drżała.
— Łódź... jedna!... dwie!... trzy!... cztery! — wyrzekł ojciec stłumionym głosem.
Wstał, chwycił za broń i przypominam sobie, że nasypał prochu na panewki pistoletów.