— Rozpoczął układy z seraskierem Kurszydem, wysłanym przez sułtana w celu pojmania mojego ojca; to wtedy mój ojciec postanowił uciec, wysyłając przedtem do sułtana francuskiego oficera, którego darzył bezgranicznym zaufaniem. Miejsce ucieczki przygotowane było już od dawna; nazywał je karaphygion, co znaczy schronienie.
— Czy pamięta pani — zapytał Albert — nazwisko tego oficera?
Monte Christo wymienił z dziewczyną szybkie spojrzenie, Morcerf nie dostrzegł tego jednak.
— Nie przypominam sobie — rzekła — ale być może przypomnę sobie później, wtedy panu powiem.
Albert już miał wymienić nazwisko swojego ojca, gdy Monte Christo podniósł delikatnie palec na znak milczenia; młodzieniec przypomniał sobie o przysiędze i zamilkł.
— Płynęliśmy do tego pałacyku. Jego parter zdobiły arabeski, tarasy skąpane były w wodzie, a okna pierwszego piętra wychodziły na jezioro. To było wszystko, co można było stamtąd dojrzeć.
Poniżej parteru w głąb wyspy ciągnęły się podziemia i była tam obszerna jaskinia, gdzie zaprowadzono nas z moją matką i służącymi. Piętrzyło się tam sześćdziesiąt tysięcy worków i dwieście beczek; w workach zgromadzonych było dwadzieścia pięć milionów w złocie, w beczkach trzydzieści tysięcy funtów prochu.
Przy beczkach stał Selim, faworyt mojego ojca, o którym już wspominałam; dniem i nocą czuwał z zapalonym na końcu lancy knotem; miał rozkaz wysadzić wszystko w powietrze, kiosk, straże, samego paszę, kobiety i złoto, na pierwszy znak mojego ojca.
Pamiętam nasze niewolnice, które świadome tego niebezpieczeństwa, całymi dniami i nocami modliły się, płakały i zawodziły.
Ciągle jeszcze widzę młodego żołnierza o bladej cerze i czarnych oczach; gdy anioł śmierci po mnie zstąpi, pewna jestem, że rozpoznam w nim Selima.