Albert nieraz słyszał, choć nie od ojca, bo ten nigdy o tym nie mówił, opowieści o ostatnich chwilach wezyra Janiny. Czytał nawet rozmaite relacje z jego śmierci, ale właśnie ta historia, która ożyła w osobie i w głosie dziewczyny, ta nuta życia brzmiąca w żałobnej elegii, przejmowały go niewymownym zachwytem, ale i zgrozą.
Hayde przerwała na chwilę wspomnienia tragicznych wydarzeń; czoło, niczym kwiat pochylony pod naporem burzy, oparła na dłoni, a jej oczy, przesłonięte mgłą zadumy jakby wpatrzone w horyzont, błądziły po zielonych stokach Pindu i po błękitnych wodach jeziora Janiny, które jak magiczne zwierciadło odbijało zarysy tego posępnego obrazu. Monte Christo patrzył na nią z wyrazem niewymownej ciekawości i współczucia.
— Mów dalej, moja córko — odezwał się hrabia po grecku.
Hayde podniosła czoło, jakby dźwięk tych słów, wypowiedzianych przez Monte Christa, wyrwał ją ze snu. Zaczęła opowiadać dalej:
— Była czwarta po południu; na zewnątrz panował jasny dzień, ale nas otaczały w podziemiach najgłębsze ciemności. W całej jaskini migotał tylko jeden promień, podobny do drżącej gwiazdy na firmamencie czarnego nieba — była to zapalona lanca Selima. Moja matka, chrześcijanka, odmawiała pacierze. Selim co jakiś czas powtarzał te oto uświęcone słowa:
— Bóg jest wielki.
Moja matka nie straciła jeszcze wszelkiej nadziei. Schodząc do podziemi, zdawało się jej, że dostrzegła Francuza, wysłanego do Konstantynopola. Ojciec ufał mu bez reszty, wiedząc, że żołnierze francuskiego sułtana są szlachetni i wspaniałomyślni. Podeszła kilka kroków do schodów i zaczęła słuchać.
— Nadchodzą — rzekła. — Oby nam przynieśli pokój i życie.
— Czego się lękasz, Vasiliki? — odpowiedział Selim głosem łagodnym i dumnym zarazem. — Jeżeli nie przynoszą nam pokoju, my ofiarujemy im śmierć.
I podsycił płonący knot gestem upodabniającym go do Dionizosa z antycznej Krety.