— Oto przyszedłem baronie, by załatwić to, co już od dawna chodzi nam po głowach i o czym już kiedyś rozmawialiśmy...
Morcerf spodziewał się, że po tych słowach bankier rozpromieni się, wyniosłość jego tłumaczył sobie bowiem własnym długim milczeniem; niewiarygodne, ale twarz Danglarsa stała się jeszcze bardziej nieprzystępna i oziębła.
Oto dlaczego Morcerf przerwał w połowie zdania.
— O czym to kiedyś rozmawialiśmy, hrabio? — zapytał bankier, jakby starając się na próżno zrozumieć, o co generałowi chodzi.
— O, widzę — rzekł hrabia — że jest pan formalistą, mój szanowny panie, i przypominasz mi, iż ceremonia musi się odbywać według wszelkich obrządków. Bardzo dobrze! Proszę mi darować, ale ponieważ mam tylko jednego syna i pierwszy raz w życiu myślę o ożenieniu go, więc nie mam w tym jeszcze dostatecznej wprawy, ale... przechodzę do rzeczy.
To powiedziawszy, Morcerf wstał, uśmiechając się sztucznie, ukłonił się głęboko i rzekł:
— Baronie, mam zaszczyt prosić pana o rękę pańskiej córki, panny Eugenii Danglars, dla mojego syna, wicehrabiego Alberta de Morcerf.
Danglars jednak, zamiast przyjąć to oświadczenie przychylnie, czego też spodziewał się Morcerf, zmarszczył brwi i nie prosząc nawet hrabiego, który stał przed nim, by znowu usiadł, rzekł:
— Panie hrabio, zanim panu odpowiem, muszę się namyślić.
— Jak to namyślić?! — zawołał Morcerf coraz bardziej zdziwiony. — Przez osiem lat, odkąd po raz pierwszy mówiliśmy o tym związku, mało miał pan czasu do namysłu?