— Wybacz, kochany hrabio, że nachodzę pana nawet tutaj — rzekł Albert. — Ale od razu pana uprzedzam, że to bynajmniej nie jest wina twoich służących, ale moje natręctwo. Byłem u pana w domu i powiedziano mi, że hrabia pojechał na spacer, ale ma wrócić o dziesiątej na śniadanie. Poszedłem na przechadzkę, by zaczekać do dziesiątej, ale przypadkiem spostrzegłem pańskie konie i powóz.
— Z tego co pan powiedział, wnoszę, że chce pan ze mną zjeść śniadanie.
— Nie, dziękuję, nie chodzi o śniadanie; ale do licha, niemiłe to będzie towarzystwo!
— Do diabła, co też pan mówi?
— Kochany hrabio, mam dziś pojedynek.
— Pan? Po co? Z jakiego powodu? Można się bić w zasadzie o wszystko.
— O obrazę honoru.
— Aha, to sprawa poważna.
— Tak poważna, że właśnie przychodzę prosić pana o przysługę.
— Jaką?