Albert zbliżył się.

Rzeczywiście, w miejscach gdzie zwykle znajdują się oznaczenia kolorów, na kartach widniały idealnie równe, w perfekcyjnie identycznych odległościach otworki po kulach. Podchodząc do tarczy, Morcerf spostrzegł też leżące tu i ówdzie jaskółki, które przelatując, nieopatrznie znalazły się w zasięgu wystrzału pistoletowego i popadały od kul hrabiego.

— A niech to diabli! — zakrzyknął Morcerf.

— No cóż, kochany wicehrabio? — rzekł Monte Christo, wycierając ręce w podany przez Alego ręcznik. — Muszę przecież czymś wypełnić czas w wolnych chwilach; ale chodźmy już, jestem gotowy.

Wsiedli do powozu hrabiego i wkrótce stanęli przed bramą domu numer trzydzieści.

Monte Christo wprowadził Morcerfa do swojego gabinetu i wskazał mu krzesło. Usiedli.

— Z kim pan chce się pojedynkować?

— Z panem Beauchamp.

— To przecież pana przyjaciel!

— Bo też zwykle pojedynkujemy się z przyjaciółmi.