— Tak. Jeżeli chce pan cokolwiek zyskać na miłości własnej człowieka, potrzeba tę miłość własną oszczędzać, nawet, jeżeli miałoby się na tym ucierpieć.

— Chyba ma pan rację. Pójdę sam.

— Niech pan idzie; ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby pan nie poszedł wcale.

— To niemożliwe.

— Niech więc pan idzie. Zawsze to będzie lepsze, niż to, co chciał pan zrobić.

— W takim razie jednak chciałbym wiedzieć, czy jeśli działania moje zawiodą i będę się jednak pojedynkował, będzie pan hrabio moim sekundantem?

— Kochany wicehrabio — rzekł Monte Christo z najwyższą powagą. — W swoim czasie dałem panu dowody na to, że w razie potrzeby jestem zawsze do twojej dyspozycji; jednak przysługa, o którą teraz mnie pan prosi, nie wchodzi w zakres tych, jakie mogę panu wyświadczyć.

— A to czemu?

— Być może kiedyś się pan dowie.

— A teraz?